Grecja,  Jachtowe życie,  Żeglowanie z dziećmi

Kanał Koryncki w całej okazałości

„Całe nasze życie to działanie i pasja. Unikając zaangażowania w działania i pasje naszych czasów, ryzykujemy, że w ogóle nie zaznamy życia”.  Herodot

Mocno ekscytującym wydarzeniem było dla mnie przejście z morza Jońskiego na morze Egejskie. Kanałem Korynckim. Robi wrażenie. Właściwie cała Zatoka Koryncka wprowadziła mnie w dobry nastrój, chociaż do wejścia na nią podchodziliśmy dwa razy. Zatoka Patraska kończy się słynnym mostem Rio-Andirio, do niedawna najdłuższym (prawie 3 km) mostem wantowym w Europie. Z powodu Covida ruch pod mostem nie był zbyt duży, aczkolwiek przejście pod nim wymagało zgłoszenia przez UKF. Most od 2004 roku łączy kontynent z półwyspem Peloponez i oddziela Zatokę Patraską od Korynckiej. Wzdłuż mostu kursują promy, ale spokojnie można znaleźć lukę na spokojne przepłynięcie pod nim. Podpływanie do mostu z postawionym masztem zawsze jest ekscytujące, chociaż oczywiście znając wysokość nie ma co się martwić. Ze względu na wzmożoną aktywność sejsmiczną w tym rejonie most został tak zaprojektowany, aby wytrzymać trzęsienia ziemi o sile ponad 7 stopni w skali Richtera. Dotarłam do informacji, że kilkanaście lat temu odnaleziono na dnie Zatoki Korynckiej ruiny miasta, które zostało ok 350 lat p.n.e. pochłonięte przez tsunami wywołane trzęsieniem ziemi. Dreszcz mnie przeszedł, gdy spoglądałam w błękitne, spokojne wody morskiej otchłani.

Ponadto most jest przygotowany również na wiatr, który czasem (na szczęście nie podczas naszego rejsu) potrafi w zatoce rozpędzić się do ponad 200 km/h. Najciekawsze jednak było, że jego filary mają wytrzymać uderzenie tankowca o masie 200 000 ton. Może faktycznie przy takim wietrze statek mógłby mieć problemy z trafieniem w prześwit pomiędzy pylonami. Posejdon potraktował nas jednak łagodnie na tym odcinku i pozwolił na łagodną 2-dniową żeglugę po Zatoce Korynckiej aż do samego kanału.

Po dotarciu przed Kanał Koryncki najpierw musieliśmy zgłosić się przez radio UKF na kanale 11. Chwila oczekiwania na zezwolenie i w końcu Corinth Canal dał nam hasło: „Sophisticated Lady you can enter”. Wpływamy. Otwarty pierwszy most, samochody czekają, a my wpływamy. Czuję się jak odkrywca. Jest cudownie. Zanurzamy się w ponad 6 km Kanał Koryncki, o którym śnił już Neron, ba nawet rozpoczął jego budowę. Na finał jednak kanał musiał zaczekać 1800 lat, kiedy to za jego ponowną budowę wzięła się francuska spółka specjalizująca się w budowie kanałów. W efekcie jednak spółka zbankrutowała a kanał został ukończony przez państwo greckie w 1893 r.  I teraz nim płyniemy. W korytarzu o szerokości 21 m. Ściany coraz wyższe, sama surowa skała. Znowu rozbrzmiewa UKF: „Sofisticated Lady go faster, go full speed”. Szybciej już nie damy rady, 5,5 węzła, to nasz max a jest jeszcze prąd. Robimy zdjęcia, oglądamy i delektujemy się żeglugą. Ciekawe są napisy na skalnych ścianach, a raczej ciekawe kto i jak je zrobił. W kanale nie ma żadnych drabinek, jedynie co jakiś czas zwisająca cuma. Co kawałek również zamontowane są niewielkie reflektory, bo kanał można przekraczać również nocą. Przepływamy pod mostami zawieszonymi na samym szczycie, czyli w najwyższym miejscu ponad 80 metrów nad nami. Z jednego z nich wcześniej widzieliśmy, jak skakał ktoś na bungee. Poza tym to zwykłe mosty, którymi przeprawiają się samochody i pociągi z lądu na półwysep Peloponez i w drugą stronę.

Za nami w kanale podąża jeszcze tylko jeden jacht. Z powodu wspomnianej wcześniej sytuacji z Covid-19 Zatoka Koryncka była prawie pusta. Minęły nas może trzy jachty, więc nie dziw, że w kanale mamy tylko jednego towarzysza, który sprawił nam potem ogromną niespodziankę. W poprzednich latach przez kanał przepływało rocznie średnio 11 tys jednostek. Nie za wielkich, bo te nowoczesne niestety już się tu nie mieszczą. Całe „przejście” kanału zajęło nam ok. 30 minut. Szkoda, że nie mogliśmy płynąć wolniej, żeby delektować się w spokoju tą ekscytującą budowlą. W każdym razie to było najdroższe sześć kilometrów w naszej historii, bowiem za przepłynięcie kanału skasowano nas 130 EUR! W trakcie regulowania opłaty podeszłam do greckiego jachtu, który płynął za nami i wymieniłam się nr telefonu w celu przesłania sobie zdjęć z kanału, bo siłą rzeczy robiąc zdjęcia w kanale złapaliśmy wzajemnie swoje jachty. Odbijając od nabrzeża zauważyliśmy, że odpoczywające do tej pory w sennym letargu psy zerwały się i zaczęły szaleńczo szczekać i biegać po nabrzeżu. Okazało się, że celem ich ataku był wznoszący się w powietrze dron. Po godzinie, gdy już byliśmy pochłonięci żeglugą na whats-up otrzymałam zdjęcia i filmy z tego właśnie drona nagrane przez naszego sąsiada z przeprawy kanałowej! Czy żeglarska brać nie jest cudowna!? 

Magdalena Banasik

komentarze 4

  • Kris s/y Anna Lucja

    Zaraz za mostem mieliście po lewej Nafpaktos. Zachowany w oryginalnym kształcie historyczny średniowieczny port – twierdzę. Strasznie ciasny i zatłoczony, ale kiedy jak nie w covidzie. Dawniej ten port nazywał się Lepanto. Tak, ten od bitwy morskiej między Turkami a Chrześcijanami w XVI w. Jak się tam zgromadziła setka+ „okrętów”? Gdy będziecie wracać wokół Peloponezu musicie stanąć w Navarino. Zatoka piękna, a o bitwie warto poczytać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *