Bella Italia,  Jachtowe życie,  Włochy

Wspomnienia z Apulii

I stało się! W sierpniu 2019 roku, po trzech tygodniach żeglugi po Morzu Adriatyckim dopłynęliśmy do Bari. Miejsce w marinie Mar di Levante już na nas czekało. Przygotowanie jachtu do zimowania zajęło nam trzy dni i pojechaliśmy pociągiem do Monfalcone, skąd po raz ostatni wróciliśmy samochodem do Polski. Teraz będą loty tylko samolotem i od razu do Bari. Pierwszy taki lot mieliśmy zaplanowany na święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok. Nasz jacht – Sophisticated Lady (SOPHI) obiecała na nas zaczekać i nie dać się zimowym sztormom. Czas w Polsce mijał szybko. Na tygodniach w szkole, pracy, łapaniu oddechu w weekendy, chociaż to nie zawsze się udawało.

W końcu nadszedł grudzień i ani się obejrzałam a już kołowaliśmy na płycie lotniska. Włochy powitały nas słońcem i temperaturą powyżej 15 stopni. Do portu z lotniska dotarliśmy samochodem, co miało nam ułatwić zwiedzanie okolicy w kolejnych dniach. SOPHI czekała. Na szczęście nic się nie urwało, liny się nie przetarły, pełen klar. Plan na zwiedzanie mieliśmy zarysowany już wcześniej i od następnego dnia postanowiliśmy rozpocząć jego realizację. Jako że, mieliśmy skład powiększony o trzy osoby z rodziny to najpierw postanowiliśmy pokazać gościom samo Bari. Odkryliśmy nawet darmowy shuttle bus, który jeździ wzdłuż całego portu i dowozi pasażerów promowych do centrum (zabrał też nas).

Starówka w wersji zimowej też wyglądała świetnie, mimo, że szybciej zrobiło się chłodno. Na ulicach nie brakowało dekoracji świątecznych, iluminacji, szopek i Mikołajów. Zamiast wyrabiania orecchiette dwie młode włoszki smażyły na ogromnej patelni małe pączki. Kolejka ustawiła się długa, a smakowite aromaty wypuszczały swoje nitki w małe uliczki Starego Miasta. Turystów było sporo, ale przeważali Włosi z innych regionów oraz mieszkańcy. Chyba wszyscy wylegli na ulicę, co było o tyle ciekawe, że była to Wigilia. Przeszliśmy murami starej części, spotykając rozbawionych ludzi, chodzących z drinkami w ręku (wszystko w kubeczkach ze słomkami), ubranych odświętnie i zbierających się w spore grupki. Gdy weszliśmy na Lungomare Imperatore Augusto tłum zrobił się już ogromny i z ledwością przeciskaliśmy się pomiędzy nim, torując sobie drogę do najbliższej pizzerii, bo dzieci zgłodniały. Naszą uwagę zwróciło to, iż najbardziej obleganą instytucją był McDonald’s i nawet ciężko powiedzieć, czy ze względu na burgery, czy na jedyną w okolicy toaletę. Jedno jest pewne, na północy Włoch nigdy nie widziałam takiego kwitnącego życia na ulicach 24 grudnia.

W pierwszy dzień świąt mieliśmy plan na dalszą wyprawę, na Półwysep Gargano. Niestety złośliwość rzeczy martwych dała o sobie znać pod postacią awarii samochodu z wypożyczalni. Muszę tu jednak zrobić ukłon w stronę wypożyczalni Golden Car, której serwis zadziałał naprawdę błyskawicznie jak na miejsce i porę, w której to się wydarzyło. Mam na myśli południe Włoch i 25 grudnia. W ciągu niecałych dwóch godzin mieliśmy nowe auto do dyspozycji. Brawo Wy! Plany uległy więc lekkiej modyfikacji ze względu na brak wystarczającej ilości czasu, aby dotrzeć tak daleko. Ruszyliśmy w przeciwnym kierunku do Polignano del Mare, gdzie na cudownych, rozciągających się na przestrzeni kilku kilometrów klifach znaleźliśmy idealne miejsce na grilla. Spływające ze skał zielone pnącza kaparów, sztywne jak szable liście agawy oraz kolczaste opuncje stworzyły bardzo egzotyczny klimat. Za plecami morze rozbijało się o wapienne, wysokie brzegi i wiatr przynosił słoną bryzę aż do naszego „obozu”. Dzieci wyruszyły na wyprawę mrożącą krew w żyłach, gdyż w klifach, nad sama wodą znajdowały się groty, i nic, i nikt nie potrafił ich przekonać, że to może trochę niebezpieczne schodzić tam.

Wieczór spędziliśmy odwiedzając jedno z najbardziej barwnych miasteczek – Monopoli. Znane ze słynnych kolorowych łódeczek (głownie niebieskich) cumujących w porcie w samym centrum miasta. Porto Antico jest otoczony wysokimi, białymi murami, które chronią przed najazdem intruzów od strony morza. Po przejściu przez bramę Via Porta zobaczyliśmy dzisiaj opustoszałe uliczki, oświetlone żółtym rozproszonym światłem. Zapraszały do odkrycia tajemnic starówki, do zerknięcia do starych kościołów. Liczne kawiarnie i restauracje niestety dzisiaj były pozamykane, gdyż 25 i 26 grudnia są bardzo pod tym względem celebrowane. Jeżeli coś było otwarte to przeważnie było wynajęte na prywatną kolację.

Mimo, iż święta są idealnym czasem na wyprawy, musieliśmy pogodzić się z tym, część atrakcji była zamknięta lub czynna w ograniczonym czasie. Taka sytuacja spotkała nas w Altamura – miasteczku sięgającym historią aż do V wieku p.n.e. W ostatnim czasie prowadzonych jest tu sporo wykopalisk, spowodowanych odnajdywaniem śladów dinozaurów. Naszym celem wyprawy była jednak piekarnia Forno Antico S. Chiara, która działa od 1423 roku! Wypiekany jest tam drożdżowy chleb, foccacia, ciasteczka i kilka innych przysmaków. Już wyobrażałam sobie te wypieki, posiadające nutę smaku minionych wieków. Niestety musieliśmy obejść się smakiem, gdyż była zamknięta. Czuję, że latem czeka mnie druga wyprawa w to miejsce. Sama Altamura, położona jest na niewysokim wzgórzu. Przy starym mieście trudno jest znaleźć miejsce do parkowania, więc kawałek trzeba podejść, żeby zanurzyć się w klimat starożytnego, białego miasta, gdzie w cieniu starych kościołów biegają psy, proszące przechodniów o uruchomienie im ulicznych pomp z wodą.

Z Altamury udaliśmy się do jeszcze bardziej magicznego miejsca jakim jest Matera. Miasto, które było tłem do filmu Pasja Mela Gibsona, teraz przeżywa prawdziwy rozkwit i jest z dużą energią odrestaurowywane. Nie wiem, na ile mu to zaszkodzi, gdyż takie miejsca nie zawsze powinny być poddane zbyt wielkiej ingerencji, ale zobaczymy. My trafiliśmy tu w momencie, gdy Matera została mianowana na cały 2019 rok – Europejską Stolicą Kultury. Turystów nie było wielu, więc pora idealna, aby mieć perspektywę zobaczenia samego miasta. Położona po dwóch stronach Wąwozu Gravina, składa się głównie z jaskiń, w których ludzie żyli od czasów kamienia łupanego. Co najciekawsze dopiero w latach 50-tych XIX wieku państwo włoskie zaczęło się interesować ludnością, która tu żyła i podjęło kiepską wizualnie decyzję do wybudowania na szczytach wąwozu bloków dla wysiedlanych z jaskiń mieszkańców. Idea była słuszna, chcieli im zapewnić godne warunki życia, jak bieżąca woda, elektryczność, łazienki, ale aspekt zachowania architektury miasta został wtedy całkowicie pominięty. Dopiero od niedawna część jaskiń zyskała fasady nie odbiegające od koloru kamienia i dawnego stylu miasta. Opisywać można by jeszcze długo, ale na pewno warto tam zajrzeć zanim całkiem Matera zostanie odrestaurowana i zasypana magnesami, gwiżdżącymi kogucikami i obrazkami lokalnych artystów. Najnowszy Bond, na którego premierę czekamy był kręcony częściowo właśnie tu, więc mam nadzieję niedługo będzie już okazja poznać Materę, przynajmniej z poziomu ekranu.

Po świętach, do Bari dotarł sztorm, który znacznie obniżył temperaturę otoczenia i kazał nam nawet sięgnąć po czapki, gdy wychodziliśmy na zewnątrz jachtu. Sam jacht musieliśmy zabezpieczyć dodatkowymi cumami, żeby nam nie próbował odfrunąć przez mocne zafalowanie w obrębie portu. Mimo to, wizyty na lokalnym marche, gdzie zaopatrywaliśmy się w smakowite ryby, pachnące pomidory i bakłażany oraz czerwone wino z regionu Apulia nie pozwalały nam zapomnieć, że jesteśmy na cudownym południu Włoch. Pyszne dorady postanowiliśmy któregoś dnia przyrządzić na grillu, tylko potrzebowaliśmy odpowiednio ciekawego miejsca. I trochę dzięki przypadkowi i aurze go znaleźliśmy. Na cel obraliśmy sobie Monte Sant’Angelo, który znajdował się w odległości dwóch godzin jazdy (150 km) na Półwyspie Gargano. Na trasie zajrzeliśmy jeszcze do Trani – uroczego, portowego miasteczka, które przyjęło nas strumieniami deszczu. Nie poddając się podeszliśmy do imponującej fortecy, otoczonej fosą pełniącą jeszcze do niedawna funkcję więzienia. Mimo jej otwarcia pan w kasie nie zachęcił nas do wejścia, informując o szeroko zakrojonym remoncie i zamkniętej głównej części dla zwiedzających. Wśród porywistego wiatru i ulewy szybko przebiegliśmy do pobliskiej katedry, nazwanej „królowa kościołów apulijskich”. Kościół jest bardzo piękny, złożony z górnego i dolnego kościoła, w którym oświetlenie włącza się dopiero po wrzuceniu pieniążka do specjalnej skrzynki. 

Z Trani wyjechaliśmy drogą nad morzem, wspinając się powoli na widoczne już z daleka wzgórze z miasteczkiem Monte Sant’Angelo. Po godzinie jazdy na prawdziwych serpentynach minęliśmy dwa stada kóz, pilnowanych przez psy pasterskie, które godnie kroczyły środkiem ulicy. Widok z drogi na morze był oszałamiający. Woda wygląda jak lekko falująca lazurowo-szmaragdowa przestrzeń, która tonie w błękicie horyzontu. Ludzie, którzy mieszkają na samym wzgórzu, muszą mieć dużo samozaparcia, aby codziennie pokonywać tę trasę góra-dół, ale widoki trochę rekompensują te niedogodności. Na piknik wybraliśmy odosobnione miejsce w lesie, ale oficjalnie przekształcone w miejsce grillowe. Pogoda nie rozpieszczała, ale się nie poddaliśmy, mimo nawet prószącego momentami śniegu. Dzieciaki urządziły parkur dla rozgrzewki i zadowolone zajadały upieczoną doradę.

W nocy bujanie było już tak intensywne na jachcie, że zastrajkowały skrzynki z prądem i zostaliśmy na chwilę pozbawieni ogrzewania, z którego w ostatnich dniach skrupulatnie korzystaliśmy. Rano awaria została naprawione przez przemiłą obsługę mariny. Tego samego dnia wezwały nas Trulli – czyli oryginalne architektonicznie włoskie domy w Alberobello. Sama nazwa miejsca Alberobello ma w sobie coś magicznego i bajkowego. Widok miasteczka, w którym znajduje się ok. 1400 trulli – domków z kopułą w formie stożka, pokrytą symbolami i zwieńczoną pinaklem (smukła kamienna wieżyczka) spowodowała, że poczuliśmy się jak w bajce. Wrażenia nie zdołała popsuć nawet ogromna ilość sklepików z pamiątkami. Wszystkie zgrabnie były umieszczone w trulli, często oferując dodatkową atrakcję w postaci perfekcyjnie zrobionych makiet domków, pokazów wykonywania pamiątek, itp. Uliczki przecinające miasteczko wspinają się, żeby po dotarciu na szczyt opadać gwałtownie w dół po drugie stronie. Oświetlone kolorowymi lampkami otaczały nas ciepłem i szumem włoskiej mowy. Zdziwiło nas to, że domki w sporej części są nadal zamieszkane. Mimo ekscytującego widoku z zewnątrz, nie wyobrażam sobie zamknięcia i mieszkania w nich przez cały rok.

I chyba resztę atrakcji zostawię na następny raz, bo mimo panującej obecnie sytuacji związanej z pandemią, mam nadzieję, że niedługo znowu zawitam do Apulii – pełnego magii, regionu na południu Włoch.

Magdalena Banasik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *