IX. Sardynia i Sycylia

WYSPIARSKIE ŻYCIE WE WŁOSZECH 23.06 – 17.08.2009

Dla przypomnienia wyruszyliśmy właśnie z Mahou na Sardynię. Wielodniowy Mistral nie dał jeszcze o sobie zapomnieć, po wypłynięciu z zacisznego kotwicowiska wpadamy w duży rozkołys (dla nas są to mega fale, wpadamy w dolinę fali całą BIMSI). Wiatr wieje ale tylko przez pierwsze 3-4 godziny, potem niestety musimy się uciec do pomocy silnika, bo wszystko nam się już wywraca w żołądkach. O północy kontaktujemy się na VHF z YODARĄ, też jadą na silniku przed nami. Do rana fale się wygładzają, tak że tafla woda przypomina lustro, lekko wieje, więc żegluga w końcu staje się przyjemna. Koło południa zauważamy jakieś błyski w wodzie, po chwili okazuje się, że to otacza nas ławica tuńczyków. Jest ich mnóstwo, setki, wielkich (minimum metr długości), srebrnych tuńczyków. Praktycznie płyniemy w nich. I teraz najlepsze: płynęliśmy w tej ławicy dwie doby! Tzn. ta ławica płynęła dużo szybciej niż my, więc minęły nas setki tysięcy tuńczyków, chociaż prawdziwej liczby chyba nigdy nie poznamy. Płynęły zaraz pod powierzchnią, wyskakiwały z wody jak delfiny, w odległości metr, dwa od BIMSI. Niesamowite, ciężko było wzrok odwrócić od tego cudu. Oczywiście próbowaliśmy też swoich możliwości wędkarskich, po 5 zerwanych przynętach (brały jak szalone od razu), zrezygnowaliśmy. Zresztą , nawet jakby udało nam się z jednego zmęczyć to i tak nie mieliśmy pomysłu jak go wciągnąć na pokład :-). Potem dowiedzieliśmy się, że w tym rejonie właśnie na początku lata tuńczyki płyną na tarło na Sardynię, gdzie oficjalnie jest w tym czasie zakaz odłowu ale odbywają się i rytualne, podobno dość krwawe polowania. Co do tego zakazu to nie jestem pewna jak bardzo jest stosowany, bo przed samą Sardynią ilość zastawionych sieci przekraczała chyba normę.

Poranne kakao na morzu
Wieczorne spektakle zamiast TV
Ławica tuńczyków – naprawdę tam są

Droga upływała nam bardzo dobrze, trochę przywiewało, troszkę trzeba było korzystać z silnika ale stan morza był perfekcyjny, żadnych niespodziewanych fal i rozkołysów. Ruch statków bardzo mały. Dzieci po dwóch dobach stwierdziły, że odzwyczaiły się od lądu i mogą tak płynąć i płynąć. Trzeciej doby rano łapiemy łączność komórkową ze światem i dajemy znać mojej siostrze, że może już wsiadać do samolotu do Cagliari i lecieć do nas, powinniśmy do 18.00 zdążyć dobić do lądu. O 14.00 rzucamy kotwicę w Calaseta po zachodniej części Sardynii, uff co za ulga.

Trochę arytmetyki: przepłynęliśmy 198 mil w ciągu 69 godzin (w tym 41 godz. na żaglach, 28 godz. na silniku). Ale zmęczenie zaczyna nam się dawać we znaki, z wypoczynkiem jednak kiepsko, bo dzieci elegancko wyspane :-). Oto urok płynięcia nocami z dziećmi, nie pośpisz w dzień.

Sebastian eksploruje nowy ląd (w końcu to Włochy po prawie 9 miesiącach na wodach hiszpańskich) a ja jadę do Cagliari, aby odebrać siostrę z samolotu, to jeszcze 80 km od Calaseta. W zatoce spotykamy jeden jacht z Mahou, wypłynął dobę po nas i przypłynął szybciej – no cóż większa łódka, szybsze możliwości.

Zaczynamy zwiedzanie Sardynii, obieramy kierunek na południe, następny jednak przystanek po Calaseta robimy po drugiej stronie wyspy San Antioco (połączona z lądem Sardyńskim groblą) w Ponte Romano. Zaciszniej od wiatru, który akurat zaczął wiać w zatoczkę Calasety i w porcie. Port jest stary, głównie rybacki, więc próbujemy szczęścia i stajemy przy jednym z kutrów longsidem. Rybacy są tak sympatyczni, że sami nas zachęcają, pomagają się wiązać, po chwili trzech z nich siedzi już u nas w kokpicie i zalewają nas potokiem „italiańskiej” mowy z czego nie rozumiemy za wiele. Przynoszą nam lokalne wino, figi i kabaczki! Szok! Takie powitanie. Są to rybacy z Sycyli z Palermo, płyną za 2 dni na połowy do Tunezji. Po tym pierwszym dniu pływania na Sardynii, już czujemy, że wiatry są tu silniejsze niż na Balearach. Po dwóch dniach w San Antioco, gdzie korzystaliśmy z gościnności naszych rybaków – zostaliśmy nawet zaproszeni całą rodziną na obiad na kuter i jedliśmy przy jednym stole z całą 8 -osobową załogą i Kapitanem. Moja sorella (po włosku siostra) nie może opędzić się od zalotów rybaków. Muszę jeszcze opisać menu, bo było bardzo włoskie-południowe: makaron muszelki (orichiette), posypany serem i panelle, czyli przysmak z ciecierzycy – upieczony placek z mąki z ciecierzycy, wychłodzony i położony na bułkę i polany obficie sokiem z wyciśniętej wprost do bułki cytryny. Pychotka! Na deser świeże figi i wszystko zapijane gazowanym, czerwonym winem Lambrusco.

Ewa na pokładzie
Kuter gościnnych Sycylijczyków

Uzupełniamy zapasy w miejscowym LIDLU (nowe przysmaki, włoskie makarony, pesto, twarde sery), plażujemy się i w końcu z żalem opuszczamy to sympatyczne miejsce. Bierzemy kurs na bardziej dzikie tereny i 29 czerwca płyniemy do Porto Teulada na południu Sardynii. Port, który miał być jeszcze w budowie już wybudowano i koleś chce nas mocno skasować (ok 25 euro/dobę), więc rezygnujemy i stajemy na kotwicy przed portem. Człowiek z portu ostrzega nas też „lojalnie”, że musimy stać 500 m od plaży, bo Guardia Costiera (Włoska Straż Przybrzeżna) kontroluje odległości. Nie dajemy się zastraszyć i stajemy 300 m od plaży na 8 metrach, obok aluminiowego jachtu pod australijską banderą.

Prezenty od Ewy dla małych żeglarzy
Załoga z Australii (s/y OOMU)
Porto Teulada. Na kotwicy BIMSI i OOMU

Miejsce wspaniałe, zero cywilizacji (trochę z tego powodu cierpi moja sorella :-), ale za to dwie plaże do wyboru, skałki pod wodą, fantastyczne miejsce do nurkowania. Spędzamy dwa dni w raju, nawiązując przy okazji znajomość z australijskim sąsiadem, który również tak jak my żegluje z rodziną (nawet wiek dzieci się zgadza, tylko mają dwóch chłopców). Sympatyczni Stephanie i Chris planują wraz z dziećmi popływać jeszcze kilka sezonów, spędzając zimy również na Śródziemnym. Australijski system edukacji bardziej sprzyja nauce eksternistycznej przez internet więc, jeszcze przez kilka lat nie muszą posyłać 5 letniego Silasa do szkoły. Mógłby u nas być taki system bardziej powszechny. Popołudniami mocno się rozwiewa, ale Sebastian nurkował kilka razy sprawdzając położenie kotwicy. Na 30 metrach, wypuszczonego łańcucha trzyma doskonale.

Pięknie zakopana kotwica

Kolejny przystanek Manfaltano, pogoda wspaniała, upały sięgają 40 stopni w dzień ale jednocześnie popołudniowa bryza wieje mocno, na szczęście wieczorami i na noc się wycisza. Manfaltano to kolejne miejsce, o które jeszcze nie upomniała się cywilizacja. Na długiej, piaszczystej plaży znajduje się mały barek pod palmowymi parasolami, kilka motorowych pontonów do wynajęcia i to wszystko. Australijczycy również tu kotwiczą, ale szczęściarze dzięki składanemu mieczowi (zanurzenie wtedy 80 cm ) mogą wpłynąć na głębokość 1,5 m, my stajemy więc dalej na jakiś 5-6 metrach i do plaży trzeba się nieźle nawiosłować na dingy. Woda czysta, ciepła, więc korzystamy z urlopu razem z Ewą. Igor z Idą nie wychodzą z wody ujeżdżając nowe dmuchane zabawki, które dostarczyła z kraju ukochana ciocia Ewa. I znowu nurkowanie, opalanie, kąpanie… ale jakoś się jeszcze nie nudzi :-). Dla odmiany zwiedzamy jedną z 7 tysięcy megalitycznych nuraghi, czyli okrągłych kamiennych wież mieszkalno-obronnych z II tysiąclecia p.n.e. rozsianych po całej wyspie.

Plaża w Manfaltano
W cieniu pod Nuraghi
Można też spróbować zajrzeć do środka Nuraghi

Ostatni postój przed Cagliari to Capo di Pula – słynna z zatopionych ruin miasta. Na kotwicy pływamy i nurkujemy wokół jachtu, woda boska. Potem spacerek do miasta, gdzie po raz pierwszy odkrywamy włoskie, lane z kranu wino. W zwykłym lokalnym sklepie znajdujemy dwie metalowe kadzie, z których można sobie do plastiku nalać czerwone i białe wino. Cena 0,90 euro za litr. Dobre… W drodze powrotnej spotykamy na plaży dwie studentki z Padwy, nocujące pod namiotem na plaży. Jedna z nich zaczepia nas po polsku, jest Rosjanką, a jej koleżanka Holenderką. Zacieśniamy więzy w j. angielskim popijając wspólnie lokalne wino.

Snorkeling w Villasimus

04 lipca pokonujemy zatokę Cagliari, dość męcząco, bo jest duży rozkołys spowodowany przez intensywny ruch statków. Docieramy do Mariny del Sole w Cagliari i stajemy bezpiecznie w porcie. Port z klimatem i dobrą ceną! W pełnym sezonie płacimy za noc 15 euro. W tym prysznice, prąd i woda na kei. Luksus. Następnego dnia o 04.00 rano odstawiam Ewę na Dworzec Autobusowy i stamtąd jedzie na lotnisko. Teraz znowu sami, smutno…

Już tęsknimy ciociu…
Kajakowa koszykówka w Cagliari

Zostajemy w Cagliari jeszcze dwa dni na uzupełnienie zapasów i wymianę gazu w butlach, z którym daliśmy się nieźle nabrać. We Włoszech można napełniać butle, więc chcieliśmy wykorzystać okazję i napełnić pustą niemiecką i francuską butlę, które dzielnie wozimy. „Miły” pan z Mariny obiecał za 15 euro napełnić obie butle. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się we wtorek, że koszt napełnienia to 75 euro i tyle „miły „pan oczekuje, że zapłacimy. Próba wyjaśnienia sytuacji na nic się nie zdała, pan tylko zszedł do tego, że on po angielsku mówił: fifty nie fifteen (czyli 50 nie 15 euro), no a że jest 75 to już nie jego wina. Bardzo zawiedzeni takim serwisem zostawiliśmy obie butle z gazem Panu na pamiątkę i popłynęliśmy dalej. To taka nauczka, nie wchodzić w układy z uczynnymi pracownikami portów we Włoszech, bo oni zawsze chcą na tym zarobić. Stajemy na kotwicy po zachodniej części wyspy w Villasimus i podejmujemy decyzję o dalszej trasie…. na Sycylię…

Startujemy 09 lipca, mamy do przepłynięcia 161 mil, więc trochę mniej niż na Sardynię ale zawsze 2 doby w morzu. Pogoda zapowiadana jest dobra, max. do 5 B ze słusznego kierunku. Dzień wcześniej australijska rodzina wypłynęła prosto z Cagliari na Sycylię, rozmawialiśmy chwilę na VHF. Czas płynie dość szybko, przerywnikiem jest widok wielkiego żółwia, który przepływa nam koło burty. Potem jeszcze odwiedza nas stado delfinów, więc znowu mamy przedstawienie za darmo :-). Wieczorem zapowiadają burze, nie lubię tego, wiatr zmienia kierunek z Pd-zach na Pn-zach, robią się fale, krzyżują ze sobą, mogłoby być lepiej. Drugiego dnia wieczorem płyniemy już na światła wyspy, znowu mały ruch statków, nad ranem dopiero mijamy 3 czy 4 jednostki. Rano 11 lipca wyspa ukazuje nam się w pełnej krasie. Przed nami rozciągają się wysokie, nie porośnięte roślinnością góry. Fale są duże i wieje z Norda. O 07.00 rzucamy kotwicę za przylądkiem Capo de Vito na Sycylii.

O świcie ukazała nam się piękna Sycylia
Jeszcze ja sprawdzę… Czy to na pewno Sycylia?

Podnosimy jednak kotwicę o 10.00, bo rozkołys z północnego wiatru wchodzi za przylądek i robi się mało przyjemnie. Płyniemy do Castelmare del Golfo do portu. Port bez wygód ale kosztowny, po negocjacjach 30 euro za noc. Perspektywa dobrze przespanej nocy, sprawia, że nawet nie wydaje nam się zbyt wygórowana ta cena. Zaczynamy się delektować atmosferą Sycylii, która już teraz wydaje się być całkiem inna niż jej sąsiadka – Sardynia. Chociaż jej prawdziwy klimat mamy poznać trochę później.

Na następny nocleg płyniemy do oddalonego o jakieś 6 mil Balestrate, który jest portem w budowie i z tego powodu można w nim stanąć bez opłat. Okazuje się, że to prawda, port jest bardzo duży, piękne falochrony, przygotowane nabrzeże, jeszcze bez pomostów i innych udogodnień, plac wyłożony kostką. Stajemy longsidem przy nabrzeżu, wciskając się między wędkarzy, poza nami stoi tam kilka lokalnych żaglówek, kilkanaście łodzi rybackich i pontony. Ci wędkarze jak się później okazało okupują ten port non stop, dzień i noc, ze zwiększonym natężeniem w weekendy, gdy przybywają z całymi rodzinami. Taki sposób na rozrywkę ,bo wielkich sukcesów nie odnoszą. Stoimy w Balestrate trzy dni, poznajemy w tym czasie bardzo sympatycznych ludzi, Carmela – instruktora w szkółce żeglarskiej i człowieka z przeszłością :-), pewną szwajcarsko-sycylijsko rodzinę, miłą parę z Biura Nieruchomości, którzy nam udostępnili swój dostęp do internetu.

Wysokie nabrzeże w porcie Balestrate
Relaks na plaży w Balestrate

Jedziemy też pociągiem na wycieczkę do Segesty, starego miasta grecko-rzymskiego. Najpierw jednak okazuje się, że ze stacji musimy się wrócić do miasta i kupić w sklepie papierniczym bilety, bo inaczej nie da rady. W Segeście oglądamy dwu-tysiącletnią, zachowaną w całości świątynię dorycką. Jest imponująca. Stoi na wzgórzu i góruje nad krajobrazem. Na drugim wzgórzu, który zdobyliśmy w pocie czoła (upały zaczynają się robić gigantyczne) znajdują się pozostałości po rzymskim amfiteatrze, największą zaletą tego amfiteatru jest jego umiejscowienie, osłonięty z trzech stron górami, sam na wzniesieniu z widokiem na zatokę Castelmare. Starożytni ludzie nie lubili zwykłych rzeczy. Dobrze nam się stoi w Balestrate ale czas ruszać dalej.

Segesta – Świątynia dorycka

15 lipca popołudniu rzucamy kotwicę w Sferracavallo, zatoczka przed niewielkim portem dla jachtów motorowych. Płyniemy naszym pontonem na brzeg. W miasteczku odbywa się akurat festyn, więc jest wesoło, gwarnie, mnóstwo restauracji pod namiotami, gdzie można zjeść za 2 euro panelle i caponatę (duszone bakłażany z pomidorami i selerem naciowym podawane na zimno). Wracamy na łódkę już po ciemku i przyglądamy się jak drugi jacht, który też stoi w tej samej zatoce wciąga na rufę ponton. Też przez moment mieliśmy taki pomysł ale… przecież ponton uwiązany do łódki jest bezpieczny. Tak nam się właśnie wydawało, nie wzięliśmy tylko pod uwagę, że to Sycylia i przede wszystkim przedmieścia Palermo. Bo rano naszego pontonu nie było! Został tylko kawałek linki przywiązany do knagi… Był to dla nas szok, że złodziej nie bał się podpłynąć do jachtu, otwartego, gdzie spaliśmy i odciąć ponton!

Popłynęłam na brzeg wpław żeby się zorientować (teraz to już sama nie wiem w czym :-)) i jedyne co znalazłam to naszą podkowę ratunkową na brzegu, pytani przeze mnie ludzie w porcie i okolicy okazywali tak wielkie zdziwienie jakby pierwszy raz w życiu słyszeli o jakiejkolwiek kradzieży. Odżyło magiczne słowo „mafia”.

Nie widząc za bardzo innego wyjścia, wróciliśmy do Balestrate, bo tam były jedyne osoby, które tu znaliśmy (i darmowa postojówka przy nabrzeżu) w celu nabycia jakiegoś środka zastępczego, który by nas woził na brzeg z kotwicy.

Parking w porcie w Balestrate – duże możliwości 😉

Zostaliśmy w Balestrate 1,5 tygodnia. W tym czasie poznajemy kolejnych fantastycznych ludzi: lądową rodzinę polsko-sycylijską (Ania i Filippo) i parę francuskich żeglarzy na Monsunie (Francoise i Emanuel), którzy też przypłynęli do naszego portu.

Ania uprzyjemniała nam czas wizytami a Filippo wypatrzył w ogródku jakiegoś Włocha małą, starą, plastikową łódeczkę, którą to nabyliśmy za 25 euro. Wymagała trochę szlifowania i pomalowania oraz zalepienia jednej dziury. Poza tym luksus :-). Malujemy ją w barwach polski biało-czerwono, po czym okazuje się, że czerwona farba schodzi i brudzi wszystko okrutnie, więc Sebastian zdziera papierem ściernym piękny czerwony połysk i zostaje bardzo „matowy kolor”. Właściwie na tyle matowy, że wygląda znowu jak mocno sfatygowana łódeczka, hi hi. Wypisujemy niebieską farbą dla odmiany na przodzie BIMSI (a pieszczotliwie nazywamy ją małą Bimsi), ozdabiamy boki starą, rybacką liną żeby się nie obijała i mamy nowy środek transportu. Załoga Monsuna obdarowuje nas swoimi zapasowymi wiosłami oraz całą masą informacji o portach i kotwicowiskach francuskich. Sami spędzają już drugą zimę w Tunezji i bardzo sobie chwalą, pogodę, warunki no i ceny.

Sycylijsko – polska ekspresja ( Ania i Filippo)
Remont nowej dingi
Mała Bimsi na słonej wodzie
Załoga MONSUNA

W końcu 28 lipca po raz drugi opuszczamy Balestrate i tym razem podejmujemy decyzję opłynięcia wyspy od południa. Palermo zwiedziliśmy podczas wycieczki pociągowej i nie będziemy już tam płynąć. Wiatr mamy dobry i ruszamy prosto do Trapani, po zachodniej stronie wyspy. Dopływamy tam już o zmroku ale jesteśmy dobrze przygotowani w teorii, gdzie znajdują się boje, na których można się zatrzymać gratisowo. Są one pozostałością po jakiś dużych regatach (mówiono że po Americas Cup), których nikt nie zabrał.

Mała zatoczka w Trapani
Wilki morskie 🙂

Na drugi dzień cumujemy dingi przed siedzibą Guardii Costiery, ale kamizelki dzieci na wszelki wypadek bierzemy ze sobą. Miasto ładne, trochę zabytkowych kościołów, wąskie, klimatyczne uliczki, czysto i mnóstwo firmowych butików, ogromny port rybacki. Niestety zły duch Sycylii znowu daje o sobie znać, tym razem w postaci zakłóceń w działaniu naszego radia VHF, klawisze same się przełączają, nie działają przyciski. Zanosimy do serwisu (który na szczęście jest tutaj) i okazuje się to być mało zdatne do naprawy. Jesteśmy więc zmuszeni do kupna nowego radia. I znów budżet uszczuplony…ech.

Robimy teraz takie skoki 25-30 milowe dziennie, pogoda dopisuje, tzn w dzień wieje a w nocy bryza cichnie i jest spokojnie. 01 sierpnia (sobota) wpływamy do miejscowości Sciacca na południu i po raz pierwszy na Sycylii stajemy w porcie rybackim przy kutrze, a nawet można powiedzieć przy dwóch kutrach, bo my stoimy jako trzeci. Rybacy są mili, zgadzają się na towarzystwo, możemy stać do niedzieli wieczór, a potem zająć ich miejsce przy kei. W sumie mieliśmy zamiar w niedzielę rano odpłynąć, gdy zły duch daje znać po raz trzeci. Przestaje nam działać monitor w komputerze…. Nie pomagają żadne zabiegi, nic nie widać. Niestety bez tego też nie popłyniemy dalej ponieważ wszystkie mapy i piloty mamy elektroniczne. Jak się okazuje w poniedziałek, południe Sycylii nie jest miejscem, gdzie łatwo załatwić komputer. Po kilkugodzinnych wysiłkach Sebastian znajduje sklep, gdzie wieczorem ma być dostawa towaru, w cenach dla nas w miarę przystępnych. Opuszczamy Sciaccę z nowym komputerem, znowu trochę biedniejsi finansowo ale z nadzieją w sercach , że to już musi być koniec naszych problemów. Jakiś limit na jedną łódkę musi chyba być :-).

Dopływamy do Sciacca
Kutry w Sciacca ustawione w tratwy
BIMSI przy kutrach w tratwie
Sciacca

Korzystając dalej z dobrej pogody, płyniemy do Porto Empedocle, który jest miejscem wypadowym do pobliskiego Agrigento, gdzie znajduje się cała Dolina Świątyń z V w. p.n.e. W Porto Empedocle spotykamy naszych rybaków ze Sciacci, którzy wołają nas żebyśmy do nich stanęli longsidem. Jacy sympatyczni ludzie. Sebastian poszedł im trochę pomóc przy rozładunku ryb i wrócił obdarowany kilkoma kilogramami ryb. A my bez lodówki a temperatura nawet nocą nie spada poniżej 25 stopni. Na szczęście w pobliżu są mini fabryki lodu i nie ma problemu żeby dwa razy dziennie po dużej reklamówce przynieść i ochłodzić nasze rybki. Następnej nocy rybacy wypływają a my przestawiamy się na kotwicę przed port, gdzie wszystkie miejscowe motorówki stoją na bojkach. Zwiedzamy Agrigento, wytrzymują to nawet nasze dzieci 🙂 i chyba nawet im się podoba pobiegać po kilkutysięcznych murach i powchodzić w starodawne jaskinie. Lunch robimy sobie na pozostałościach świątyni Zeusa, jednej z największych jakie przetrwały. I nie jest to świętokradztwo, bo teren Agrigento jest otwarty i tak ogromny, że można zatrzymywać się w dowolnym miejscu na odpoczynek i posilenie się.

Po jednodniowym odpoczynku po zwiedzaniach płyniemy do Licaty a potem do Geli, gdzie spotyka nas kolejna sycylijska przygoda… :-). Przed wejściem do Geli, kontaktujemy się z portem, aby dowiedzieć się o głębokości na wejściu, bo mamy pewne wątpliwości. Harbour Master przełącza nas na VHF do pilota portu Gela i ten instruuje nas żebyśmy się trzymali bardziej prawej strony falochronu oraz że spróbują wysłać po nas pilota. W pierwszej chwili się ucieszyliśmy ale zaraz przyszła refleksja, że taka usługa to może nie być darmowa. Próbujemy więc znowu skontaktować się z Harbour Master ale cisza panuje w eterze mimo, iż do portu mamy coraz bliżej. Przy główkach portu nie spotykamy jednak żadnego pilota i wpływamy sami z duszą na ramieniu gdyż log w pewnym momencie pokazuje 2,4 m głębokości. Jest w Geli marina ale jest też nabrzeże przy którym własnie stajemy longsidem do niewielkiej łodzi (jak się później dowiadujemy jest to łódź śmieciarka, która wypływa do statków stojących na redzie i odbiera od nich śmieci). Jeszcze cum dobrze nie zawiązaliśmy już podpływa do nas ponton z trzema dobrze zbudowanymi mężczyznami i zaczynają nam uświadamiać że tu nie możemy stać i mamy wpłynąć do mariny.

Najpierw oczywiście oni nie rozumieją po angielsku ale jak i my wykazujemy małą inicjatywę zrozumienia włoskiego, jednego z nich olśniewa i ostrzega nas po angielsku, że Guardia Costiera na pewno się nami zainteresuje, że tu stoimy. A oni nas ostrzegali. I cóż za jasnowidztwo, nie mija bowiem 15 minut i zjawia się Guardia Costiera! Pytają o dokumenty, pytają czemu tu stoimy skoro jest marina, itp. Chyba jednak nie ma formalnego zakazu tu stania, bo kręcą mocno żeby nas zniechęcić. W końcu zabierają nam paszporty do „sprawdzenia” i mają je zwrócić za dwie godziny. Sebastian zostaje na straży a ja idę na spacer z dziećmi, podczas którego zaczepia mnie Włoska Policja i pyta o dokumenty. Wiedzą doskonale, że jesteśmy obcokrajowcami, którzy wg pracowników Mariny stanęli nie tam gdzie powinni. Dzwonią przy mnie do Guardii Costiery i rozmowa można poznać nie jest zbyt miła, mnie zaś informują, że dokumenty zaraz nam przywiozą z powrotem i możemy stać do rana tam gdzie stoimy! Zanim wróciłam do BIMSI z dobrymi wiadomościami Sebastian już miał nasze paszporty. Hm… ciekawe, nieprawdaż? A potem przeczytaliśmy w pilocie, że Gela jest jednym z najbardziej mafijnych miejsc na Sycylii. Słabo spałam tej nocy… O 5 rano już nas tam nie było 🙂

Jak mocno nie buja to i warcaby wyjdą
Podczas płynięcia nie jest nudno

Kolejny spokojny przystanek w Pozallo, miejscu skąd jest najbliżej na Maltę, dokąd odchodzą szybkie promy. Duży port, dużo miejsca, znowu stoimy przy kutrze, spokojnie. Stamtąd już tylko 16 mil do najbardziej na południowy wschód wysuniętego cypla Sycylii – Porto Palo. Porto nawet jest ale bardzo nietypowe, bo poza bardzo zapchanym nabrzeżem mnóstwo kutrów stoi na…. bojach! Pierwszy raz widzimy wielkie kutry na bojach. Nie widząc innej opcji (poza kotwicą) podpływamy do kutra na boi i pytamy się o możliwość stania. Nie ma problemu, uprzedzają nas tylko, że wypływają o 03.00 w nocy i wtedy nas przewiążą do swojej boi. Kolejna przemiła ekipa rybaków. Kapitan kutra częstuje nas kawą, dzieci przyglądają się sortowaniu krewetek, wybierając przepiękne muszle z plątaniny małych rybek, ośmiornic i krewetek. Na koniec pracy zostajemy jeszcze obdarowani skrzynką krewetek. Przebieramy je do 23.00, potem się nimi objadamy. Pieczemy ciasto, którym częstujemy rybaków jak przychodzą na kuter o 03.00 nad ranem. Rybacy radzą nam zostać jeszcze jeden dzień (chyba mają jakiś szósty zmysł z tym) tylko musimy opuścić bojkę na chwilę przed ich powrotem popołudniu żeby mogli stanąć. Zostajemy więc, bo trochę wieje, płyniemy na brzeg i zwiedzamy miasteczko. Czuć już cywilizacją :-), nawet plac zabaw i domy znaleźliśmy bardziej nowoczesne. Rozwiewa się mocno koło południa, więc wracamy szybko do portu i już widzimy, że będzie bardzo trudno przepłynąć te 300 m, które nas dzielą od BIMSI na naszej dingi. Fale są dość duże i wchodzą wprost do portu. Nie podejmujemy takiego ryzyka, ale wrócić musimy, bo trzeba się przestawić przed powrotem kutra. Dostrzegam wpływającą łódkę rybacką z dobrym silnikiem i macham do nich desperacko, podpływają do nabrzeża ale i im nie jest łatwo, zwłaszcza jak obrócili się bokiem do fali. Szybko ładujemy dzieci na skrzynki z rybami, doczepiamy z tyłu naszą małą dingi i tak nas transportują na BIMSI. Uff udało się. Nie jest to jednak koniec problemów, bo musimy się przestawić, wiatr wieje już z 6 B, fale są bardzo duże. Kolejny miły rybak decyduje się nam pomóc. Podpływa na swojej łódce do wolnej boi, która jest cała zanurzona pod wodą, łapie linę mooringową i trzyma ją dla nas. Tak… my musimy tylko dopłynąć do niego jakieś 100 m i przejąc tą linę. Rzucamy mu nasze dwie cumy żeby połączył je z tamtą od boi. Pisze się to łatwo ale miło nie było jak dwa razy przy przekazywaniu tych cum stuknęły się nasze łódki, różnych wysokości, a on miał jeszcze jakiś okrutny metalowy daszek, który nam wszedł pod reling, bo nie jest łatwo na takiej fali się odepchnąć. Na szczęście udało się bez większych strat przejąć linę od boi i uwiązać się na niej. Powiało tak jeszcze do wieczora i o 19.00 w ciągu 20 minut ucichło wszystko. Przed rozpoczęciem tej akcji zdążyłam jeszcze włączyć bajkę dzieciom, więc one na spokojnie przetrwały całą akcję. Piekielne miejsce, ale siła wiatru była nie przewidziana, chociaż tu podobno tak wieje… często.

Przy burcie ANGIULINY
Pomagamy rybakom

12 sierpnia jesteśmy w Syrakuzach, gdzie na kotwicowisku spotykamy … Monsuna z Balestrate! I naszych znajomych z Francji. Urządzamy sobie miły wieczór u nich na jachcie, dzieląc się wrażeniami z różnych stron Sycylii, bo oni opływali ją od północy. Na drugi dzień płyniemy na brzeg na zwiedzanie starej części Syrakuz – Ortigii. Wspaniała Katedra – Duomo zbudowana na filarach starej Świątyni Ateny, na placu przed katedrą futurystyczna rzeźba tonącej postaci mega rozmiarów (sam nos jest większy od naszej Idy). Włóczymy się wdychając klimat Syrakuz. A silna bryza znowu przychodzi , oczywiście od strony morza. Powrót przed zachodem słońca niemożliwy bez dobrego silnika na pontonie. BIMSI skacze na falach jak rączy koń ale się trzyma dzielnie. I znowu ok 19.30 wszystko cichnie, fala się wygładza i możemy wrócić na jacht. Ta sama sytuacja powtarza się następnego dnia. To chyba nie jest przypadek? Znajdujemy Lidla i Sebastian robi wieczorne serwisy zakupowe po ustaniu bryzy. Z żalem żegnamy się z Monsunem ale czas nam płynąć dalej. Tym razem na północ.

Marina w Syrakuzach
Niecodzienna rzeźba
Duomo na Półwyspie Ortigia

Stajemy przed Katanią w Brucoli, gdzie po raz pierwszy mamy okazję podziwiać wyłaniającą się z chmur Etnę. Prawdziwe jej oblicze oglądamy dopiero jednak z zatoki pod Taorminą, w której stoimy na kotwicy kolejne dwa dni. W zatoce stoją na bojkach mega luksusowe jachty (koszt stania na takiej bojce dla naszego jachtu to 45 euro za noc! Nie chcę sobie wyobrażać ile muszą płacić oni. Obsługa jachtu serwuje im kolację i mogą podziwiać ten sam widok co i my ze skromnego pokładu BIMSI. I to jest fajne. Bojki tutaj są dość praktyczne bo jest bardzo głęboko blisko brzegu, my stoimy na 8 m i mamy dość blisko plażę, zasypaną kamieniami z lawy. Woda czysta i przejrzysta, dawno takiej nie widzieliśmy. Powoli szykujemy się do opuszczenia Sycylii, jeszcze tylko przejście Cieśniny Mesyńskiej ale to zrobimy już z włoskiego lądowego portu Regio di Calabria, a opowiemy w następnej części przygód BIMSI.

Zatoka Taorminy
Etna za plecami
Eksplorowane jaskinie