I. Morze Bałtyckie

POCZĄTEK REJSU BIMSI 14.06- 28.06.2008

Szczęśliwie udało nam się przetrwać 13 w piątek i nie wyrwaliśmy się tego dnia na morze. Za to sobota to już był ten czas, BIMSI po otrzymaniu nazwy na burtach wypłynęła na spokojne wody Bałtyku.
Pogoda sprzyjała, tylko czasami brakło wiatru, więc pierwszy port Łeba osiągnęliśmy w niedzielę wieczorem. Wpływając do pięknej mariny zamurowało nas. Jeszcze przed pierwszym pomostem nagle stanęliśmy w miejscu a sonda pokazuje 0,9 m. Nasze zdziwienie było wielkie, jak to 0,9 m ?? Jeżeli tak, to powinniśmy leżeć na burcie z naszym 1,80 m zanurzenia. Nie ma żadnych znaków, nikt nie ostrzega. Rzut oka za burtę wszystko wyjaśnia – stoimy w mule, poruszone osady wyraźnie widać. To raczej dramatyczna sytuacja dla łebskiej mariny, cumować się da „od zewnętrznej” pierwszego pomostu. Ponieważ miejsc nie było, wzięliśmy duży rozpęd i wbiliśmy się w pierwsze miejsce po wewnętrznej. Rano wychodziliśmy „cała naprzód” + szpring z całych sił przez plecy.

Wejście do Łeby

Następny skok do Kołobrzegu, podczas leniwego kołysania się na falach łapiemy dorsze, robimy pierwsze pranie w morskiej wodzie 🙂 i nawet jest okej, nie kruszy się od soli. W nocy nadłożyliśmy drogi omijając poligony Ustki. Lepiej było nie zadzierać z marines, którzy jak się następnego dnia okazało zgubili tarczę strzelniczą. Dryfowała ona po Bałtyku o czym w ostrzeżeniach nawigacyjnych informowało niezawodne Witowo Radio. W Kołobrzegu w porcie ciasno, musimy stawać longside do innego jachtu.

Słuchamy pilnie pogody na UKF-ce i śledzimy komunikaty z Navtexu, prognozy są okej, więc w środę rano odbijamy do Sassnitz. Płynie się miło, spokojnie, wieje umiarkowanie, dopiero rano trochę silniej przywiało i około 15.00 zawitaliśmy na niemieckiej ziemi, z radością 🙂 wciągając banderę sąsiada pod saling. Port w Sassnitz okazał się dość sympatyczny, szukamy Hafenmajstra, aby uiścić opłatę za port. Bosman jednak ukrywał się, chyba dlatego że przepiękna nowa marina jest jeszcze nieczynna a chyba głupio mu pobierać opłaty za postój przy falochronie i odległość do WC prawie 2 km :). Niby to jesteśmy w zjednoczonej Europie, ale niemieckie służby czuwają. Na szczęście to tylko przyjemność. Odwiedza nas Policja – jeden mundurowy ku naszej uciesze wspaniale mówi po angielsku. Wkrótce po Policji przychodzi przemiła pani celnik mówiąca tylko po niemiecku. W sumie to nie wiemy jak takie nawiedziny traktować, czy oni powinni, czy tylko mogą?? Niemniej z powodu bariery językowej nie powiedzieliśmy o pięciolitrowej drewnianej baryłce wypełnionej polskim trunkiem, którą w prezencie na ciężkie chwile dostaliśmy od przyjaciół.

Piątek – pełni zapału odbijamy od falochronu, chociaż wieje ostro (Hafenmajstra w końcu nie spotkaliśmy, udało się zaoszczędzić kilka euro ). Przed nami cel – Heiligenhafen. Udało nam się upłynąć 25 mil, do momentu kiedy stwierdziliśmy, że czas zawracać – wiatr idealnie przeciwny 7 B i nie mała fala, która tężeje. Wróciliśmy więc ciemną nocą do Sassnitz , gdzie po 2 dniach sztormu znalazł nas Hafenmajster. Okazał się jednak dobrym człowiekiem i pozwolił nam stać w porcie ile chcemy a skasował nas tylko za 2 dni. Miał jednak odnotowane dokładnie w swoim kajeciku kiedy pierwszy raz się tam zjawiliśmy. Zwiedziliśmy dość dokładnie miasteczko ale z niecierpliwością wyglądaliśmy poprawy pogody. No i się poprawiła w końcu, chociaż mieliśmy już spóźnienie w stosunku do planu rejsu.

Znowu obraliśmy kierunek Heiligenhafen (uparci z nas żeglarze co ?) i płyniemy od 4 rano w niedzielę. Już trochę ostrożniejsi, analizujemy wiatr i prognozy, niewiele się zgadza. Pod wieczór dopada nas burza, pada i znowu się trochę rozwiewa a w odbieranym jeszcze na UKF-ce Radio Witowo zapowiadają sztorm na rano w naszym rejonie. Więc jako ostrożni żeglarze postanawiamy wpłynąć do znajdującego się w pobliżu Darsser Ort. Płyniemy na elektroniczną mapę i dokładne namiary w locji „Wybrane porty”, więc posuwamy się jak po sznurku … i lądujemy na piasku jakieś 40 m od portu. Jak się dokładnie później zorientowaliśmy, port nie funkcjonuje co jest warte zapamiętania, tym bardziej że świecące boje podejściowe pięknie zapraszają. Nie świeci jedynie nabieżnik i nie udało nam się wyłowić reflektorem wszystkich nieświecących, co nie wzbudziło w nas niepokoju. Wszystko to było w okolicach jak wiadomo rozległych mielizn. No i zrobiliśmy błyskawiczny zwrot o 180 stopni i z duszą na ramieniu zaczęliśmy wycofywać się z wejścia do portu widmo.

W okolicy nie ma żadnej alternatywy postoju więc nie pozostało nam nic innego jak płynąć dalej, w ten zapowiadany sztorm, który mieliśmy nadzieję uda nam się jakoś ominąć, a raczej on ominie nas. O piątej nad ranem wieje już regularne 7 B i rośnie wiatr. Godzinę potem wiało już 8 B. Próba sztormowania pod wiatr do portu Warnemunde po godzinie walki okazała się beznadziejna. Równolegle z falą dawał chyba znać o sobie prąd w Kadett Rinne, więc jakie wyjście nam pozostało? Zawrócić, jeśli chcieliśmy kontynuować nasz rejs cali i zdrowi. Portu schronienia co prawda nie było, ale jedyne słuszne miejsce, aby przeczekać sztorm to był powrót do portu widmo, gdzie powinno być zaciszniej i mniejsze fale.

Płynięcie z wiatrem, tym razem nie należało do przyjemnej zabawy. Planowaliśmy przyciąć w miarę krótko mielizny przy cyplu Darsser Ort żeby nas zbyt daleko nie wywiało. Fale przy wietrze SW budowały się w tym miejscu w niesamowite formacje. Prędkość bez żagli mieliśmy średnio 6 węzłów na logu i 8 nad dnem, co w normalnej żegludze na BIMSI nawet przy pełnym ożaglowaniu się nie zdarza. Dopłynęliśmy do Darsser Ort i rzuciliśmy do wody kotwicę a sami padliśmy na koje, bo jednak morze nieźle nas sponiewierało :-). Tam przestaliśmy kolejne 2 doby czekając aż wiatr osłabnie. Zyskaliśmy jednak dodatkowe informacje, które wpłynęły na zmianę naszej, dalszej trasy. Spóźnienie co do planu mieliśmy już bardzo duże i wiedzieliśmy że do Francji nie dopłyniemy. Na kotwicowisku, które zapoczątkowaliśmy przed portem w kilka godzin po nas zjawił się kolejny jacht, z którego załogą mieliśmy okazję się zaprzyjaźnić w dość nietypowy sposób. Później w nocy „żelazo” w pobliżu rzucił jeszcze jeden piękny drewniany duński jacht.

Po dwóch dniach milczenia chcieliśmy wysłać sms-a do rodziny, że wszystko u nas gra, ale pechowo właśnie skończyła się kasa na telefonie, więc wpadliśmy na pomysł nawiązania kontaktu w celu użyczenia komórki na sms z sąsiednim, niemieckim jachtem. Próby połączenia radiowego zawiodły, więc spróbowaliśmy po angielsku krzycząc do siebie. To też nie przyniosło spodziewanych rezultatów i w końcu słyszymy z sąsiedniej łódki krzyk po polsku: „Ale o co się rozchodzi !?”


Sebastian wskoczył więc w kamizelkę i pokonał wpław te 50 metrów morza, jakie nas dzieliło od kolegi rodaka, który pływał pod niemiecką banderą. Z tego właśnie spotkania poza udaną rozmową z rodziną wynikła również zmiana trasy. Panowie przypłynęli właśnie z Lubeki i polecali tamtejsze kanały w dotarciu do Morza Śródziemnego. Zmieniliśmy więc kurs z Kilonii na Lubekę, gdzie dotarliśmy już bez przeszkód z pomyślnym wiatrem w czwartek. Po odespaniu kolejnej nocy na morzu w marinie Baltica w Travemunde, ruszamy na poszukiwanie portu, gdzie moglibyśmy zostawić BIMSI na tydzień za w miarę rozsądne pieniądze. Po dość dokładnej eksploracji wszystkich kolejnych przystani w górę rzeki Trave, czwarta okazała się tą trafioną (takie klimatyczne, niemieckie Parolewo dla wtajemniczonych). Przemiły bosman prywatnego YKL zaproponował nam 35 euro na 9 dni postoju i możliwość użycia dźwigu do położenia masztu. W dalszą drogę niemieckimi kanałami BIMSI wyruszy już w pełnym składzie 7 lipca.