III. W nurcie rzeki

ŻYWIOŁ NIEMIECKICH RZEK – REN I MOZELA 22.07 – 11.08.2008

Lekko znudzeni kanałami wpływamy na Ren, gdzie na początek poraża nas prędkość pędzących barek, które płyną z prądem. Musicie mi wierzyć one nie płyną – one pędzą, pojawiają się z za zakrętu i nie minie kilka minut już nas mijają. Ren jest bardzo szeroką rzeką w tym miejscu od Duisburga, gdzie na niego wpłynęliśmy. Ruch barek z prądem, czy pod prąd jest niesamowity, momentami było aż tak, że 4 barki mijały się jednocześnie i jeszcze my gdzieś z boku między nimi. Barki na Renie są gigantyczne. Pływają zestawy po 300 m i więcej. Widzieliśmy również potwora wiozącego samochody na 4 pokładach ponad wodą i był to zestaw barka + 3 doczepki – jedna z przodu i dwie z boku. Płyniemy trzymając się toru wodnego chociaż kuszą nas małe plaże, które są dużą odmianą po kanałowych stromych brzegach.

Zestaw dwóch barek stojących na kotwicach na Renie

Na początek lądujemy jednak w portach dla sprawdzenia sytuacji. Ceny są od 6 euro, jak najdrożej zapłaciliśmy w Kolonii, bo aż 16 euro za nocleg. Porty są różne, część w zatoczkach, część na prądzie rzeki przy brzegu lub za wyspami, których jest tu całkiem sporo. Staramy się wybierać te w zatoczkach, bo są spokojniejsze, jednak nie zawsze się to udaje. Pływanie Renem pod prąd naszą łódką nie jest łatwe, wyciskamy z silnika wszystko a zdarzają się momenty, że prędkość mamy 1,7 km/godz a czasem przez dobrą chwilę po prostu stoimy w miejscu. Staramy się wybierać te części rzeki, gdzie prąd jest najmniejszy (tzw. rogi zakrętów) i wtedy płyniemy nawet 5,5 km /godz.

Do plaż dochodzimy z portów. Są one położone niedaleko ale w większości kamieniste, woda czysta zachęca do kąpieli. Igor z Idusią korzystają skwapliwie z tej zmiany krajobrazu, zbierają i rzucają kamienie do wody, biegają po plażach. Na szczęście pogoda się nam poprawiła i urządzamy dzieciom nawet basen z wanienki na pokładzie podczas płynięcia i na postojach. Nasza trasa przebiegała Renem od Duisburga przez Dusseldorf, Leverkusen, Kolonię, Bonn. To te bardziej znane miasta, z których udało nam się zwiedzić właściwie tylko Kolonię ale to też z tego powodu, że chcieliśmy mieć Ren jak najszybciej pokonany i nie tracić czasu na dodatkowe postoje.

Na odcinku Renu jaki przebywaliśmy (od 720 km do 590 km – to km rzeki ) nie było żadnych śluz więc trochę odsapnęliśmy od tych czynności śluzowo-dźwigowych i emocji z nimi związanych.

W Kolonii mamy bardzo przyjemny weekendowy postój ponieważ mamy na pokładzie pierwszego gościa z Polski – naszego przyjaciela Zakiera, który akurat służbowo baluje u Niemców, przepraszam: haruje :-). Port w Kolonii jest prawie w samym centrum miasta, jakieś 3 km od słynnej katedry. Wieczory 25 i 26 lipca przeznaczamy więc na relaks na pokładzie BIMSI, tym bardziej że nasz drogi gość zachował się jak Święty Mikołaj i zarzucił nas wiktuałami i napitkiem. W dzień zwiedzamy, kąpiemy się w Renie, odwiedzamy wielki park z ogromnym placem zabaw, dzieciaki zmordowane ledwo dociągamy do łódki, Ida na rękach a Igor jedzie w jej wózku.

W niedzielę 27.07 popołudniu opuszczamy Kolonię i płyniemy dalej, stajemy w pierwszym na prądzie porcie w Hersel za dużą wyspą. I tu przytrafia nam się niemiła przygoda, po której jakoś poczuliśmy antypatię do rzeki Ren. Było to następnego dnia gdy wypływając z portu, płynęliśmy dalej wzdłuż wyspy chcąc wypłynąć na pełną rzekę z drugiej jej strony, no i to był błąd! Lądujemy na mieliźnie ! Niestety najgorszej z możliwych – na kamieniach. Przytrafia nam się to w momencie już odwrotu, bo pod sam koniec wyspy zaczęło się nagle robić dość płytko, więc decyzja odwrót i w tym momencie prąd spycha nas w bok a tam już 1.6, 1.4, 1.2 m głębokości, trochę huku, łomotu i stoimy na kamieniach. BIMSI położyła się na burtę a patrząc w wodę odnosiło się wrażenie że stoi się pośrodku rwącego górskiego potoku.

Na szczęście przecieku nie było, szybko poprosiliśmy o pomoc ludzi na brzegu i akcja ratunkowa łącznie z helikopterem została zorganizowana w ciągu 10 minut. Ja z dziećmi dostałam się na brzeg dzięki uprzejmości załogi małej motorówki, która nie bała się do nas przybić i nas zabrać na brzeg. Sebastian został na posterunku i czekał na tego odważnego, który go spróbuje ściągnąć z kamieni.

Niestety mimo silnej ekipy ze strony straży pożarnej i policji wodnej nie dali rady ściągnąć jachtu, a może potrzebowali więcej czasu. W finale ściągnął nas w kowbojskim stylu Hafenmajster z portu, w którym nocowaliśmy. Podpłynął do nas swoim jachtem motorowym na dużej prędkości (miał 2 silniki po 280 koni – my mamy silnik 14 konny) łapiąc w biegu podaną mu przez Sebastiana cumę, pociągnął BIMSI, która obróciła się, podskoczyła 3 razy jak dziki koń i zeskoczyła na głębszą wodę. Rozległy się oklaski z brzegu bo widownię mieliśmy niekiepską , ja z dziećmi dotarliśmy policyjną łodzią motorową dostarczeni prosto na nasz jacht.

Tak więc „trochę” adrenaliny było tego dnia, na szczęście wszystko zakończyło się szczęśliwie. Okazało się potem, że oznaczenia, aby tam nie pływać są ale od strony głównego nurtu Renu, więc jakbyśmy chcieli z tamtej strony wpłynąć do portu to na pewno byśmy je dostrzegli, gorzej z wypłynięciem, tego jakoś nikt nie przewidział. Prawda jest taka, że Niemcy pływając w większości łodziami motorowymi o małym zanurzeniu, nie muszą się przejmować takimi miejscami a my mając 1,80 m jesteśmy w trochę gorszej sytuacji.

Ren jest rajem dla motorowodniaków. Brak śluz na długim odcinku i jego rozmiary pozwalają na swobodny ruch wszelkiej maści ślizgaczy. Jest ich tam mnóstwo, poczynając od skuterów do potworów po 2000-3000 KM. Jacht żaglowy nie ma tutaj niestety żadnych szans. A żaglówką taką jak nasza najlepiej płynąć tylko z prądem.

Ja chcę już na morze !!!!.

Przed wpłynięciem na Mozelę odwiedził nas jeszcze raz Zakier w Brohl (zaciszny port w zatoczce, i przede wszystkim z odpowiednią GŁĘBOKOŚCIĄ). Było fajnie i poczuliśmy się tak jakoś rodzinnie. Widokowo ostatnie 2 dni na Renie są super, bo zaczynają się winnice z zamkami na górach i jest to naprawdę miła odmiana po Zagłębiu Ruhry.

I… z ulgą żegnamy Ren 31.07 i witamy pełni wiary na lepsze rzekę Mozelę w Koblenz. Mozela ma znikomy prąd a właściwie prawie go nie ma, podchodzimy wiec powolutku do pierwszej śluzy, bo znowu płytko i okazuje się, że małe śluzy przeznaczone dla Sportbootów nie są dla nas, bo głębokości w śluzie nie przekraczają 1,5 m, więc zawracamy i kierujemy się na dużą śluzę razem z barkami. I słusznie zrobiliśmy.

Spotykamy w śluzie bardzo miłego Niemca na sąsiednim jachcie, który nam opowiada o zwyczajach na Mozeli, gdzie można, stawać co zwiedzić. Stawać można więc poza portami w wielu miejscach, za śluzami, gdzie są duże rozlewiska, można kotwiczyć poza torem wodnym , można stawać do kamiennych ścian w miastach no i oczywiście w portach :-).

Mozela jest rzeką bardziej turystyczną niż Ren więc i ceny są bardziej turystyczne, bo w porcie w Koblenz kasują nas 10 euro. Niezrażeni wyciągamy rowery i jedziemy na eksploracje terenu. Znajdujemy Lidla i już jest dobrze 🙂 dzieciaki oblizują lody, my degustujemy lokalne piwko.

Zwodowany ponton (dingi).

Codzienne pływanie robi się jakoś tak bardziej wakacyjne, otaczają nas wspaniałe krajobrazy ciągnących się dziesiątkami kilometrów winnic, powodują że samopoczucie nam się poprawia i złe wspomnienia się zacierają, aczkolwiek pozostawiając wzmożoną ostrożność. Stajemy różnie. Czasem na kotwicy, gdzie napompowaliśmy już nawet ponton ku uciesze Igora i dwa razy korzystaliśmy z tego dodatkowego środka transportu na brzeg. albo przy mniej obleganych portach (które często okazują się gratisowe, bo nie ma w nich nikogo) albo nawet przy pomostach dla statków wycieczkowych. Tylko wtedy zwijamy się wcześnie rano, żeby nas nie rozjechały podpływające tam statki albo żeby ludzie nam się nie władowali na pokład :-).

Pogoda znowu super, cieplutko, uczymy dzieci kąpieli w rzece i pływania w kamizelkach, sami pływamy rano i wieczorem. Odwiedzamy sklepy, robimy lekkie zakupy jednym słowem luz. Tuż przed granicą z Luksemburgiem stajemy w Trewirze i udajemy się na zwiedzanie tego najstarszego miasta w Niemczech – to prawda jest urocze, robimy łącznie 18 km (IGOR SAM NA SWOIM ROWERKU !!!) i pełni nowych wrażeń wpływamy na nocleg na stronę luksemburską. Jeszcze gwoli wyjaśnienia Mozela stanowi granice pomiędzy Niemcami a Luksemburgiem a w Schengen łączy trzy państwa, bo jeszcze dodatkowo Francję. 10 km przed Schengen w miejscowości Remisch poznajemy przesympatycznego Polaka, żeglarza mieszkającego tu już od 8 lat. Sebastian spędza cały wieczór na pogawędce a Pan Marcel obdarowuje nas prezentami, czym zaskakuje nas totalnie. My w zamian daliśmy mu książkę o niemieckich kanałach i rzekach, bo już nam nie będzie potrzebna w tym rejsie a on kto wie może skorzysta… Ostatni dzień na terenie Niemiec spędzamy częściowo na odwiedzeniu historycznego Schengen, słynnego miejsca na całą Europę a jednocześnie maleńkiego, niepozornego miasteczka. Stajemy przy tym samym brzegu, gdzie stał zacumowany statek, na którym odbyło się podpisanie paktu przez Luksemburg, Francję i Niemcy – dokładnie na granicy tych trzech państw.

Historyczne miejsce

I w końcu wpływamy do Francji, gdzie czekają na nas sery, bagietki wina… C’est la vie!