X. Wyspy Eolskie

WZDŁUŻ WŁOSKIEGO BUTA 18.08 – 30.09.2009

18 sierpnia rano wypływamy w stronę Cieśniny Mesyńskiej. Morze po wyjściu z za osłony Zatoki Taorminy wita nas dużym rozkołysem z przeciwnym wiatrem. Dwie fale wchodzą nam na pokład zalewając przez luk śpiące jeszcze dzieci. Tzn. po falach już nie śpią 🙂 i nawet nam wybaczają niespodziewany, słony deszcz. Po przepłynięciu kilku mil po raz pierwszy obserwujemy ciekawe zjawisko, w pewnym momencie fale kończą się jak nożem uciął i przed nami pół mili zupełnie gładkiej wody! Takie zjawisko obserwowaliśmy tego dnia jeszcze kilkakrotnie i domyśliliśmy się, że to już wpływ prądów z Cieśniny tak działa na morze. Niesamowite.

Wieje 5 B i ciągle z dziobu, ten dzień więc nie zaliczał się do przyjemnych. 24 mile, które mieliśmy do pokonania zamieniły się po halsowaniu w dwa razy tyle. Późnym popołudniem dobijamy do nabrzeża w porcie Regio di Calabria i po raz pierwszy od 5,5 miesiąca stawiamy stopy na stałym lądzie (nie na wyspie). Postój jest darmowy, za to mało komfortowy, bo stoimy longsidem do nabrzeża a wpływające promy i statki robią silny rozkołys. Szarpie nas na wszystkich cumach.

Następnego dnia musimy wypłynąć rano o 06.00, bo na nasze miejsce ma przypłynąć jakiś statek. Nie jest to najlepsza pora na przejście Cieśniny ponieważ prąd rano jest właśnie z północy a nam by się przydał południowy, który ma się pojawić około 15.00 tego dnia. Wiatr dalej przeciwny ale podejmujemy wyzwanie. Promy łączące Sycylię z portem włoskim San Giovanni kursują co 10 minut, poza tym ruch motorówek jest też duży. My jednak w pewnym momencie jakbyśmy stanęli :-). Około godziny trwała walka w jednym tylko miejscu, aby przesunąć się chociaż o 0,2 mili. Full silnik, pełne żagle i stoimy… jak zaczarowani. Woda drga jak przy wstrząsach elektrycznych. Fale dzikie, krótkie, ostro zakończone – to dość nietypowy widok. Uff, w końcu trochę prąd puścił i udało nam się pokonać magiczne cztery mile dzielące nas od wyjścia poza zasięg Cieśniny Mesyńskiej.

Wyjście z Cieśniny Messyńskiej na horyzoncie
Kwadratowe fale w Cieśninie Messyńskiej

Omijamy port w Scilli, aby nie spotkać legendarnego potwora z Odysei Homera i płyniemy do portu w Bagnara de Calabria. Z informacji jakie mamy jest to port rybacki, posiadający dwa kutry (Swordfish) do połowy mieczników. Wygląd ich jest niewiarygodny, więc przesyłamy zdjęcie.

Łódź na mieczniki

Cumujemy przy małych kutrach, rybacy nie mają o to żadnych pretensji. Możemy chwilę postać. Zostajemy trzy dni. Jesteśmy w przepięknym Regionie Calabria, który jest niezwykle urokliwy. Niedoceniony ze względu na odległość, dopiero niedawno został połączony z Salerno za pomocą autostrady, która rozciąga się na wzgórzach, wysokich mostach, ginie co chwila w tunelach (to jej widok z morza). Samo miasteczko Bagnara jest dość duże, częściowo położone na soczyście zielonych i wysokich wzgórzach (śliczny widok po wysuszonym południu Sycylii).

Ładna, kamienista plaża i turkusowa woda, która nawet w porcie jest przejrzysta na 8 m do samego dna. Jeszcze słówko o klimacie miasteczka. Przed każdym domem są wystawione krzesełka a na nich rozsiada się cała rodzina, kuchnie są porobione na zewnątrz, otwarte na ulicę. Przed niektórymi domami stoją niewielkie rybackie łódki zamiast samochodów. Już chyba jako pomniki ale dodają niesamowitego uroku temu miejscu. Miasto promuje się mocno, co wieczór na głównym placu odbywają się przedstawienia, koncerty przez cały letni sezon.

No to pomagam zwodować
Port w Bagnara di Calabria (BIMSI pod falochronem)

21 sierpnia jesteśmy już w drodze na pierwszą w Archipelagu Wysp Eolskich – Wyspę Vulcano. Od stałego lądu dzieli ją i nas 40 mil morskich. Płyniemy tam w piątek i jeszcze nie wiemy co nas czeka. Nie chodzi tu jednak o pech związany z wypłynięciem w feralny dla żeglarzy dzień tylko o początek weekendu. Już 15 mil przed wyspą czuje się duży ruch: promy, wodoloty, jachty motorowe różnego kalibru prują wodę (dla nas z „prędkością światła”, dla nich średnio 25-30 węzłów). Nie wieje wcale i 13 godzin męczymy nasz silnik. Oby wytrwał! Nazwa wysp pochodzi od nazwy Boga wiatrów Eola, ale miejscowi żeglarze powiadają, że Eol tu jednak głównie śpi:-). Dopływamy do Vulcano i rzucamy kotwicę pod samym kraterem w zatoce Porto de Levante. Jachtów mnóstwo, ciężko znaleźć swoje kilkanaście metrów na wypuszczenie łańcucha. Pojawia się jeszcze kolejny problem – głębokość. Do 100 m od brzegu jest minimum 18 metrów. Stajemy na dziesięciu. Woda mętna od siarki, sam wulkan dymi obficie (fumarole) i wszędzie czuć zapach siarki. Tylko smoka brakuje. Czujemy się egzotycznie, Igor zafascynowany, że jest pod prawdziwym „żyjącym” wulkanem. Zwiedzamy wyspę, która mimo, iż jest mała jest świetnie zorganizowana pod względem zaspokojenia potrzeb turystów. Kilka hoteli, supermarket, promy, które przypływają kilka razy dziennie, sklepiki z pamiątkami, kąpiele siarkowe i restauracje. Główną atrakcją jest wejście na krater wulkanu – ale w ten upał? Jak to mówi Igor : „chyba sobie odpuścimy” tą przyjemność. No i ceny za pozwolenie… hm.

Darmowe błotko na Vulcano
Płatne błotko na Vulcano

Następna wyspa na trasie – cztery mile dalej to Lipari – największa z Archipelagu. Do portu nawet nie próbujemy wpływać, ze stania na kotwicy przy miasteczku też rezygnujemy, bo nie dość, że głęboko i jachty rzucają kotwicę na 40 m (ile oni mają łańcucha ?!) to jeszcze rozkołys jest taki od przepływających w pełnym ślizgu motorówek, że talerze nam wypadają z półek. Płyniemy kawałek dalej i rzucamy kotwicę w mniej popularnym miejscu i już bez schodzenia na ląd oglądamy Lipari z wody.

Rano żegnamy ją bez żalu i dalej ruszamy na Panarę – najmniejszą z wysepek ale za to znaną jako najbardziej exclusive i tzw. raj dla bogatych. Jest do niej kilka mil i zajmujemy rano miejsce w zatoce jeszcze przed głównym ruchem porannym :-). Do czego to dochodzi żeby się prześcigać w rzucaniu kotwicy? Faktycznie około godz 11.00 (niedziela) znowu jest już tłoczno. Zastanawialiśmy się na czym ma polegać fenomen tej wyspy, że tylko super bogaczy stać na zamieszkanie na niej i doszliśmy do wniosku, że to chyba utrudnienia mnożą koszty. Na wyspie nie ma wody, dróg, jedynie lądowisko dla helikopterów, więc wybudowanie tam nawet niewielkiej chałupki kosztuje miliony. Przyroda jest tam piękna, dzika, gąszcze opuncji porastają wzgórza, malownicze widoki roztaczają się z okolicznych pagórków.

BIMSI w zatoce przy Panarei
Gąszcz opuncji
Wille na Panarei

Pławimy się w tej atmosferze dwóch dni i odpływamy obejrzeć „czarnego olbrzyma”, czyli Stromboli – aktywny wulkan, który o swojej żywotności jako jedyny w Europie przypomina wszystkim co kilka minut. Podpływamy tam popołudniu i pierwsze co widzimy to kłęby dymu wydobywające się z krateru wraz z głośnym pomrukiem. Nie wieje, więc stajemy w dryfie jakąś milę od wyspy i delektujemy się erupcjami. Widać nawet wyrzucane przez wybuch kawałki kamieni, które po kilku minutach (wulkan ma wysokość 1000 m ) staczają się, grzechocząc po zboczu i wpadają z pluskiem do wody. Myślę, że niektóre mogą mieć wielkość człowieka. Powoli zaczyna zapadać zmrok, jachtów na przedstawienie przybywa i wyrzucana lawa staje się czerwona.

Po zachodzie słońca przypływają wycieczkowce, zagłuszając swoimi silnikami pomruki Stromboli ale za to świetnie przebijają się komentarze włoskiej przewodniczki: grande eruptione, piccolo eruptione :-). Igor i Ida są zafascynowani i każdy kolejny wybuch witają okrzykami, naprawdę chce się krzyczeć, bo widok jest niesamowity.

O 22.00 zaczynamy odpływać, bo i tak nie ma gdzie kotwiczyć gdyż głębokości są bardzo duże, a podpływać bliżej wulkanu nie ma co …, zresztą po ciemku szukać miejsca to nie najlepszy pomysł. Mamy 55 mil do przepłynięcia do portu Cetraro na lądzie włoskim. W 40 stopniowym upale dopływamy do Cetraro, który jest portem w budowie a okazuje się portem wybudowanym i znowu stajemy przy nabrzeżu koło rybaków. Udało się i nikt się nie czepia. Uzupełniamy zaopatrzenie, bo buszując po wyspach od nielicznych sklepów trzymaliśmy się z daleka. Płyniemy teraz zdecydowanie na północ, portów nie ma zbyt wiele, więc liczymy na kotwicowiska. Fajne miejsce znajdujemy przy Wyspie Dinozaurów (Isola di Dino), w osłoniętej zatoce znajduje się bojkowisko, jakieś 200-300 obiektów pływających różnego kalibru, w tym kutry rybackie. Za zgodą jednego z autochtonów cumujemy przy niewielkim wycieczkowcu. Zatoka otoczona plażami, za nimi góry a gdzieś tam w głębi jakaś cywilizacja, niewidoczna z morza. Kolejna fajna sprawa, rybacy dowożą ryby z kutrów … rowerami wodnymi! Tu kończy się region Calabria i dalej zaczyna się region Basilicata, gdzie kotwiczymy w rajskiej Zatoce Palinuro. Co prawda znowu trafiamy na weekend i tysiące Włochów wypływa czym się tylko da (ale głównie wypasionym jachtami motorowymi) na weekend. Zatoka jest duża, kilka plaż, więc tłoku tak mocno nie czuć i każdy znajduje kawałek dla siebie. Tu też za plażami wznoszą się wzgórza z niesamowitymi jaskiniami. Do niektórych, rajskich plażyczek można dotrzeć tylko od strony wody i całe flotylle turystycznych łódek przybywają tu z klientami (oczywiście przy takim zagęszczeniu raj trochę się zmniejsza aczkolwiek jest pięknie i tak). Rozpalamy w jednej z plażowych jaskini ognisko i bawimy się z dziećmi do późnej nocy.

Dalej na północ, chcemy zwiedzić Pompeje i Neapol ale wszyscy odradzają nam wpłynięcie do Neapolu, więc słuchając się tym razem stajemy w Agropoli, w regionie Campania. Fajny port, kilka darmowych miejsc dla transit boat, znajdujemy pociąg, którym jedziemy na cały dzień do Pompei. I to jest jak objawienie! Żadne wcześniejsze ruiny nie zrobiły na nas takiego wrażenia, odkopane miasto, w którym czas się zatrzymał na kilka tysięcy lat. Spacerujemy cały dzień po kamiennych ulicach, zaglądając do różnych domów, odpoczywając w cieniu świątyń i teatrów. Nasze dzielne dzieci nie marudziły zbytnio, na Igorze największe wrażenie zrobiły chyba skamieniałe w popiele postacie ludzkie i pies. Zajrzeliśmy nawet do ówczesnego Domu Publicznego z kamiennymi łożami i sugestywnymi rysunkami na ścianach. Mnóstwo rzeczy nieorganicznych, m.in. malowideł, naczyń przetrwało w doskonałym stanie w całym mieście.

Podczas pobytu w porcie w Agropoli okazało się, że niekoniecznie port jest bezpiecznym miejscem dla łódki. Sąsiadujący z nami jacht odpływając pewnego poranka zahaczył o naszą linę od kotwicy, którą mieliśmy rzuconą z rufy. Najgorsze było to, że gdyby nie było nas wtedy na jachcie wyrwałby nas od nabrzeża, bo załoga tego jachtu wcale nie zauważyła, że o coś zahaczyła! Gwałtowne szarpnięcie wywołało nas na pokład i okrzykami zatrzymaliśmy ten jacht, po czym jeden z załogantów po usłyszeniu co się stało, z rozbrajającą szczerością zapytał : „To co ja mam zrobić ?” Skończyło się na nurkowaniu z ich strony i odplątaniu naszej cumy z ich kila, śruby, czy o co tam była zaczepiona. Uff… Z Agropoli zwiedzamy jeszcze rowerami Paestum, zostawiając sobie Neapol na następną wyprawę.

Chcąc ominąć Zatokę Neapolitańską postanowiliśmy popłynąć znowu w stronę wysp. Mijamy piękną Capri, bo cenowo to chyba nie dla nas tamtejsze porty i zatrzymujemy się na mniejszej Procidzie przy Ischii. Też piękna i warto ją zobaczyć. Kiepska pogoda zatrzymuje nas tu na kilka dni nieplanowanego postoju. Wyspa Procida jest tak niewielka, że przy zmianie kierunku wiatru łatwo i szybko można ją opłynąć i stanąć po zaciszniejszej stronie. Robimy tak trzykrotnie, bo wiatry kręcą trochę. Sama wysepka posiada trzy niewielkie porty, pełną infrastrukturę do życia łącznie z komunikacją autobusową. W dwie godziny jednak na piechotę można przejść z jednej strony wyspy na drugą. Życie toczy się tu spokojnie, widać że sezon turystyczny powoli się kończy, część knajpek już pozamykana, plaże nie oblegane zbytnio. Stary port rybacki jest bardzo malowniczy a wznoszące się zaraz przy ulicy zabudowania przypominają z wyglądu grecką infrastrukturę.

Wyspa Procida
Kolorowe domki na Procidzie
Zatoka przed Procidą

09 września opuszczamy Procidę, pogoda się poprawiła trochę i bierzemy kurs na kolejną poncjańską wyspę Ventotene. Wyspę Ischia zostawiamy po lewej burcie, zniechęceni do odwiedzenia jej codziennymi pożarami, które obserwowaliśmy z naszej zatoczki na Procidzie. Wysepka Ventotene jest jeszcze mniejsza od Procidy, dwie mile przed nią znajduje się jeszcze mniejsza San Stefano, która w dawnych czasach służyła za zamknięty karcer i więzienie, teraz jest udostępniona turystom do zwiedzania. Na Ventotene znajdują się 2 porty, stary i nowy. Ze względu na kierunek wiatru nowy wydaje nam się bardziej bezpieczny i wpływamy do niego. Prawy falochron został przerobiony na miejsca płatne (6 euro za metr jachtu/noc ) ale miły człowiek z portu wskazuje nam miejsca darmowe kawałek dalej, gdzie można stanąć longsidem. Stajemy i idziemy na zwiedzanie wyspy. Wracamy pod wieczór, wiatr już mocno wieje i to niestety w stronę wejścia do portu. BIMSI skacze na cumach jak rączy koń, dodajemy kolejne cumy zaczepione o kabestany, bo na knagach są koszmarnie obciążone. Fala wchodziła równolegle do falochronów i huśtawka była naprawdę niezła, na szczęście wiatr odkręcił koło 01.00 w nocy i powoli zaczęło się uspokajać. Postanowiliśmy zaczekać jeszcze jeden dzień i odespać nieprzespaną noc i … było spokojnie ale znowu tylko do wieczora. Powtórzył się schemat z poprzedniej nocy tylko wiatr był lekko silniejszy. Mroczne miejsce – przypomniał się nam film „Od zmierzchu do świtu” tylko w scenerii morskiej. Rano szybko zwijamy się nie czekając już na kolejną upojną noc. To samo robi załoga na holenderskim jachcie, który stał przed nami i wspólnie w nocy oglądaliśmy sobie cumy :).

Wodolot wpływający na Ventotene
Ida pierwszy raz na rowerku

Płyniemy na Wyspę Ponza, wiatr dobry, niesie nas aż do godz. 16.00. Włączamy silnik, który po kilku minutach robi stop. Na szczęście wiatr znowu się zrywa i jakoś halsujemy w stronę Ponzy. Sebastian próbuje naprawić silnik, wymienia filtry ale nie one są przyczyną zastopowania silnika. Dopływamy do Ponzy bez silnika, wpływamy pod wiatr do zatoki, rzucamy kotwicę i oddychamy z ulgą. Nie na długo niestety. Po 15 minutach wiatr odkręca o 180 stopni i zaczyna wiać dokładnie od strony morza. Fale wchodzą do zatoki, duże, coraz większe a my bez sprawnego silnika… Wachtujemy w nocy na wszelki wypadek. Na szczęście kotwica trzymała mocno i nie drgnęliśmy ani na centymetr. Rano udaje się przeczyścić przewody paliwowe i silnik zastartował. Podnosimy czym prędzej kotwicę i porzucamy bez żalu Wyspy Poncjańskie.

Znowu wracamy na ląd – kierunek Fiumiczino. Pogoda dobra, wiatr z rufy, doba płynięcia za nami, o świcie witamy „tereny podrzymskie”. Okrutnie tam płytko, od kilku godzin płyniemy po wodzie nie głębszej niż 15 metrów – typowo bałtyckie odczyty na sądzie :). Woda na wejściu do kanału portowego zielona, niebo granatowe, bo od nocy na Navtexie same prognozy burzowe i w końcu jedna nas łapie przed samym wejściem. Stajemy w kanale Tybru przy nabrzeżu, bo aby wpłynąć dalej do portów-stoczni (tzw. shipyardów) trzeba poczekać aż otworzą dwa mosty. Okazuje się że mamy cały dzień, bo otwierają je dopiero o 19.00. Wieczorem stoimy już przy trawiastym nabrzeżu przy jednej ze stoczni zawołani przez znajomego Szweda, którego poznaliśmy na Minorce – cóż za spotkanie! Kolejne dni w Fiumiczino upływają spokojnie na zakupach, żeglarskich opowieściach i zwiedzaniu okolicy. Miejsce postojowe jest bardzo dobre, trochę takie mazurskie, bo stoimy na słodkiej wodzie i pachnie jeziorem. Opłaty są umiarkowane, płacimy 20 euro za 4 doby postoju, więc nie uszczupla to zbytnio naszego budżetu. Ze względu na stan techniczny mostów (zwłaszcza samochodowego) ograniczona jest częstotliwość ich otwierania i czekamy te 4 dni na kolejne otwarcie, które wypada 17 września.

Port na kanale w Fiumiczino

Pogoda jest średnia, wieje wszędzie sztormowo, burze codzienne to już standard. Czyżby naprawdę Morze Tyrreńskie we wrześniu takie było niełaskawe? Pamiętam z zeszłego roku jak byliśmy akurat w tym czasie jeszcze na Rodanie to tylko raz powiał trzy dniowy Mistral a potem pogoda była dobra. My wpływamy teraz na część północną Tyrreńskiego a wieje najbardziej na południowym Tyrreńskim, Sycylii i Sardynii.

Planowaliśmy dłuższy skok z Fiumiczino na na wyspę Giannutri, ale morze nie było zbyt łaskawe i wieczorem musimy zmienić kurs i odbić na Civitavecchię, bo znowu wszystko było z dziobu i wiatr i fale. Z falami to dziwna sprawa, bo wiało przez kilka dni z południa a rozkołys i fale po odpłynięciu 10 mil od brzegu były z północnego-zachodu. Omijamy po ciemku stojące na redzie statki przed Civitavechia i wpływamy do mega portu. Przypominamy sobie jak kiedyś wpływaliśmy tu na Pogorii, ale trochę się od tego czasu zmieniło. Na szczęście jest jasno i szeroko na manewry nocne. Stajemy w jednym z ostatnich basenów, w miejscu poleconym nam przez Holendrów z Ventotene.

Wejście do portu w Civitaveccia

Dopływamy na następny dzień do Giannutri (pierwszą z wysp toskańskich), wyspa jest zamieszkała przez letników dopiero od kilku lat. Wpływamy do jedynej zatoczki (bardzo malutkiej), w której można rzucić kotwicę na głębokości mniejszej niż 10 m. Niestety okazuje się ona tak wąska, że po wypuszczeniu 30 m łańcucha, w przypadku zmiany kierunku wiatru możemy wylądować na skałach. Można by popróbować przywiązania się do skały i rzucenia kotwicy ale tylko pod warunkiem jakbyśmy byli pewni kierunku wiatru. A te włoskie prognozy coś nijak się mają do rzeczywistości, może to wpływ tych wysp… Próbujemy rzucić kotwicę w szerszej zatoce obok i znajdujemy miejsce na 11 metrach ale przynajmniej jest więcej przestrzeni. Za nami jednak wystają małe skałki z wody, ale wieje od lądu czyli z północy zgodnie z prognozą. Taaaa… wiało tak do 03.00 i wiatr się odkręcił na całkowicie przeciwny. Do rana już pilnowaliśmy i skoro świt zobaczyliśmy że na wyprężonym łańcuchu siedzimy 10 m od wystających z wody skał, Sebastian zarządził szybkie podniesienie kotwicy i odpłynięcie 🙂 I jak tu się wyspać?

Mamy 10 mil na półwysep Argentario do miasteczka San Stefano. Droga upływa spokojnie, pogoda jest ładna. Szukamy miejsca i znajdujemy je w porcie przy nabrzeżu dla dużych jachtów motorowych, gdzie po uzyskaniu zgody w Kapitanacie możemy postać bezpłatnie dwa dni. Zwiedzamy miejsca, gdzie byliśmy jakieś 10 lat wcześniej POGORIĄ. San Stefano jest bardzo sympatycznym miejscem, miasteczko zbudowane na wzgórzu, malownicza infrastruktura, dużo zieleni. Warto tu zajrzeć w wolnej chwili :-). Postanawiamy początkowo nie korzystać z dwudniowej gościnności Kapitanatu i wypływamy o 5 rano (ciemno jeszcze) następnego dnia. Kurs na Elbę, jednak poranek zamiast robić się coraz jaśniejszy, ciemnieje. Chmury zakrywają szybko okoliczne wyspy, wyspa Giglio ginie za granatową masą, a za nami już nie widać nawet San Stefano. Błyskawice często rozjaśniają ten ponury krajobraz co wcale nie dodaje nam otuchy. Wyraźnie burza nas goni i raczej nie damy rady jej uciec, więc po 1,5 godzinie płynięcia zawracamy wykorzystać drugi nocleg :-). Czyżby już naprawdę skończyło się lato na Śródziemnym, deszcze i burze to domena polskiego klimatu we wrześniu ale tutaj?

Elba to trzecia co do wielkości włoska wyspa. Dopływamy do niej umykając przed kolejną burzą, bo na Navtexie wciąż komunikaty „….LIGURIAN SEA , NORD THYRENIAN SEA THUNDERSTORMS…”. Wiatr z kierunku NE, więc zamiast do nieosłoniętego przy tym wietrze Porto Azurro płyniemy do Zatoki Stella. Rzucamy kotwicę i zdążamy jedynie dopłynąć do plaży bączkiem i pobawić się z dziećmi 15 minut, gdy kolejne ciemne chmury zasnuwają niebo a grzmoty i błyskawice dają wyraźne znaki o tym co za chwilę się będzie działo. Uciekamy na BIMSI już w pierwszych kroplach deszczu. Pozostają gry pokładowe wieczorem: warcaby, chińczyk, monopol :-). Kolejny dzień za to dość pogodny, zwiedzamy trochę Elbę, która zaskakuje nas pięknymi plażami, zielenią, ogromną ilością campingów. Trochę przypomina to klimat na półwyspie Helskim. Ale już i tu czuć, że jest po sezonie, wielu turystów już się zwinęło, na plażach dużo miejsca. Zwiedzamy na Elbie jeszcze Zatokę de Campo i płyniemy w stronę ostatniej wyspy włoskiej Capraia – na trasie do Francji.

Wiatry znowu NE, więc nie pozostaje nam nic innego jak podpłynąć pod najbardziej chyba skalistą część wyspy Capraia i w niewielkiej zatoczce Moreto rzucić kotwicę. Znowu głęboko i dość skaliście naookoło, ale klimat jest nieziemski. Brak jakichkolwiek zabudowań, skały wysokie na kilkaset metrów, wąwóz zasypany kamieniami. Udaje nam się przejść tym wąwozem na wyższe partie. Niestety spacer dalej nie jest możliwy ze względu na roślinność, która z dołu wydawała się trawą a naprawdę jest krzakami, sięgającymi nam do kolan a dzieciom do pasa (zwłaszcza Idusi !) Dzieci przed wyprawą narysowały swoje mapy, żebyśmy się nie pogubili :-). Kotwiczący obok nas czarterowi żeglarze z Niemiec, przyglądają nam się z niedowierzaniem (chyba chodziło o dzieci, że ich tak ciągamy po tych skałach) a potem obserwują przez lornetkę czy nie spadamy.

BIMSI w zatoce przy wyspie Capraia
Wyprawa na Caprai
Ostatni zachód słońca na włoskich terytoriach – Capraia


ŻEGNAJCIE WIĘC WODY WŁOSKIE …..!
Od rana płyniemy już na Korsykę, której górzysta powierzchnia mocno wystaje ponad poziom morza. Pogoda … no jaka może być ? Wietrzna i rozfalowane morze! Na szczęście dajemy z wiatrem, więc dzieciaki nawet nie zauważają, że płyniemy z prędkością małej motorówki. Groźny i majestatyczny Cap Corse wita nas a my opływamy go, aby schować się po zawietrznej. Stajemy w kolejnej zatoce poleconej nam przez Holendrów z Ventotene i zmieniamy flagę pod prawym salingiem z zielono-biało-czerwonej na niebiesko-biało-czerwoną. WITAJ PONOWNIE FRANCJO! Mamy już zapowiedzianych pierwszych gości z Polski na wybrzeżu francuskim, więc zadowalamy się tylko zwiedzeniem Cap Corse a nie dalszych partii wyspy. Woda jednak nadal ciepła, więc plażujemy całe popołudnie i wieczór. Odkryliśmy, że to też wspaniałe miejsce do nurkowania, widoki są bajeczne, skały, uskoki, jeżowce, ławice ryb, kolorowo i tajemniczo. Na wzgórzach widać więcej turystów w porównaniu z pustymi zboczami włoskimi na wyspach. A może tak akurat trafiliśmy. Ciężko generalizować i wydawać opinię po chwilowym pobycie w jednym miejscu, a może za kilka dni się coś zmieni?

25 września, po sprawdzeniu prognozy wypływamy w nasz ostatni na tej trasie dłuższy odcinek – 90 mil, aby dopłynąć do wybrzeża Francji, do przylądka Cap Ferrat na Lazurowym Wybrzeżu. Bywały lepsze prognozy na dobowe przeloty, ale trochę boimy się czekać, bo bardziej wygląda, że za kilka dni będzie wiało mocniej niż słabiej. Na Navtexie pokazują max 6 B, czyli da się płynąć. Porównując jednak do innych warunków to te były zdecydowanie najmniej przyjemne, wiało bardzo mocno, na szczęście głównie z baksztagu i połówki, fale największe były w nocy (i dobrze żeśmy ich nie widzieli), dzieci spały w poprzek forpiku, aby uniknąć turlania się jedno na drugie, bo przechył był spory. Szliśmy prawie cały wieczór i noc na skrawku genui, mając na GPS 5,5 węzła prędkości. A to dość dużo jak na małą łódkę na bardzo malutkim kawałku żagla. To była jedna z najdłuższych nocy w naszym rejsie … Z ulgą powitaliśmy nad ranem ląd rozjarzony jeszcze światłami Monaco i Nicei.

W Zatoce Villefranche – jak zwykle najmniejsi

O 11.00 kołyszemy się już spokojnie na kotwicy w prześlicznej Zatoce Villefranche, pogoda cudowna, woda i niebo lazurowe zgodnie z obietnicą z przewodnika :-). W zatoce stoi około 200 jachtów żaglowych i motorowych, zielone wzgórza otaczają nas z trzech stron, zatoka jest świetnie osłonięta od wszystkich wiatrów północnych, czyli najbardziej prawdopodobnych w tym rejonie. Chociaż wyjątek stanowi regułę, bo na pobliskiej plaży widzimy wyrzucony jacht na brzeg, którego musiały wypędzić tu fale z południowej strony.

Znowu weekend i widać, że i Francuzi lubią pożeglować, bo dużo ich pojawia się obok nas. Największe jednak motorowe jachty mają banderę angielską. Korzystamy znowu z letniej pogody, bo taka właśnie jest, przepiękne słońce grzeje nas przez następne kilka dni. W okolicy jest co zwiedzać, same miasteczka Villefranche, Banlieu i Saint Jean Cap Ferrat są perełkami tego wybrzeża. I w końcu czysto… jednak jest różnica w porównaniu do Włoch … Cenowo, może ciut droższe warzywa i owoce ale to chyba cecha bogatego regionu, poza tym w supermarketach podobnie jak wszędzie bez specjalnej różnicy a za to jaki wybór. Znowu możemy wrócić do diety serowej, pasztety, wino francuskie kusi z półek… Bagietek już nie kupujemy,bo od Altei w Hiszpanii pieczemy własny chleb. I jest super!

Niski sezon we Francji w portach zaczyna się już od października, płyniemy więc sprawdzić ceny i warunki do portu w St. Laurent du Var pomiędzy Niceą a Antibes. Są niezłe, dużo niższe niż w Hiszpanii a serwis podobny. Cumujemy w porcie i odpoczywamy po dłuuuuugim sezonie żeglarskim 🙂 na morzu.

Nasz port w Saint Laurent di Var
Męczący był ten sezon 😉

I chyba tak myślę tu „pozimujemy”, popracujemy nad konserwacją i odnową BIMSI, bo to jej się należy półtorarocznej eksploatacji. I co dalej? Trzeba powoli zacząć myśleć o powrocie do Polski, do rzeczywistości, jak to mówią życzliwi – „…bo już czas żebyście wrócili do normalnego życia..” . A czy żyliśmy jakoś nienormalnie? Może trochę odbiegało to od ogólnie przyjętego stereotypu ale czy tak nie można trochę pożyć ? WIERZCIE MI MOŻNA !!!! I JEST SUPER !!!