VI. Morze Śródziemne

WYBRZEŻE FRANCJI I HISZPANII 24.09 – 28.10.2008

W pierwszy etap, czyli z Martique do St. Maries de la Mer (30 mil morskich) wypływamy o 6 rano jeszcze przed świtem. Na razie nie planujemy jeszcze całodobowych przelotów, bo chcemy powoli przyzwyczajać dzieci do morza. Tego pierwszego dnia wstały o 8.00, ale nowa, bujająca rzeczywistość ukołysała ich już z powrotem koło południa. Oglądamy skaczące w bliskiej odległości ryby ale jeszcze nie rozpoznajemy jaki to gatunek, delektujemy się lazurowym morzem i przejrzystą wodą. Popołudniu docieramy do St. Maries de la Mer – pierwszego portu na drodze morskiej. Coś pięknego. Miasteczko słynie z majowej procesji z ołtarzem Marii do morza a na tę uroczystość ściągają Romowie z całego świata. Piknikujemy na plaży i zażywamy morskiej kąpieli jednocześnie ciesząc się, że możemy to robić pod koniec września. Cena za port zmniejsza naszą radość ale tylko troszeczkę. To jeszcze wyższy sezon więc musimy przeczekać do października.

Następny przelot do Sete, też 30 mil robimy następnego dnia. Po drodze spotyka nas fantastyczna rozrywka a mianowicie zauważamy delfiny! Skaczą wysoko w wodzie jakieś 100 m od nas. Po chwili są już przy jachcie, chyba 2 stada po 3 delfiny płyną jakieś 5 -6 metrów od nas. Niesamowite, Igor nie może się napatrzeć, Ida akurat śpi. Niestety zanim zdecydowaliśmy się pójść po aparat odpłynęły ale ciężko było odwrócić od nich wzrok. Sete we Francji to rybackie miasteczko z ogromnym portem zarówno jachtowym jak i rybackim. Pięknie położone na wzgórzu, z mnóstwem stoisk i knajpek z owocami morza. Ulegamy pokusie i kupujemy mule i ostrygi – da się zjeść :-).

Pokaz otwierania ostryg

Kolejny dzień znowu wita nas przepięknym słońcem, więc postanawiamy wyruszyć dopiero popołudniu i tylko do Cap d’Adge (10 mil ). I na tym odcinku mamy po raz pierwszy okazję poznać kaprysy Morza Śródziemnego. Zapowiadana pogoda, wiatr 2-3 B z dobrego dla nas kierunku. Pierwszą godzinę płynie się ładnie, potem zaczyna się rozwiewać i to tak w ciągu 10 minut wiatr wzrasta do 4 B, potem do 5 B. Refujemy trochę żagle żeby trochę zwolnić bo mieliśmy już 6 węzłów na GPS. Niebo ciemnieje coraz bardziej i piękna pogoda już dawno zniknęła. Gdy wchodzimy do portu w Cap d’Adge mamy już problemy z dobiciem do kei dla gości. Cumujemy jednak i szczęśliwi obserwujemy co się dalej wyprawia na niebie. 10 minut po nas wchodzi inny jacht, wieje już 6 B i on ma już spore trudności, aby na silniku zmieścić się w kolejne główki między pirsami, rzuca nim bardzo niebezpiecznie. Mariny tutaj są okropnie ciasne. Sprawdziła się właśnie pierwszy raz przepowiednia wszystkich, że Morze Śródziemne jest kapryśne i humory zmienia szybko. W kolejnych dniach mieliśmy okazję jeszcze kilka razy się o tym przekonać.

29 września docieramy do ostatniej miejscówki we Francji i stajemy na kotwicy w przepięknej zatoczce w miejscowości Collioure – miejsca znanego artystom malarzom (natchnienia szukali tam m.in Matisse, Picasso). Po porannej kawce, bo zakotwiczyliśmy tam rano dmuchamy ponton i ruszamy na brzeg. Plażę mamy z 3 stron, okazały zamek na jednym z brzegów, na przeciwnym wzgórzu zabytkowy wiatrak z XIII w. Leniuchujemy pół dnia na plaży, potem zwiedzamy miasteczko i wspinamy się do wiatraka. Przy okazji mamy okazję oglądać całodniowe ćwiczenia francuskiej jednostki Marines (wypłynięcie w pontonie, wywrotka, odwrócenie pontonu i wejście do niego i od początku). Z żalem opuszczamy Francję, w której już się „domowo” poczuliśmy przez ostatnie 2 miesiące i wpływamy na wody hiszpańskie.

Wejście do zatoki w Collioure
BIMSI na kotwicy w Zatoce Collioure (pierwsza o prawej)

Przed nami kolejno wybrzeża: Costa Brava, Costa Dorada, Costa del Azhar, Costa de Valencia i Costa Blanca, które jest tymczasowym celem naszej podróży. Costa Brava wita nas skalistymi wybrzeżami i wyśmienitą pogodą. Stajemy kolejno w Llance, L’Escali, gdzie pierwszy śródziemnomorski sztorm „muruje” nas na 3 dni. Obie te miejscowości to niewielkie hiszpańskie miasteczka, skoncentrowane w dużym zakresie na turystyce. Zwiedzamy pierwsze hiszpańskie „mercados”, czyli supermarkety i z zadowoleniem stwierdzamy, że ceny są trochę niższe jak we Francji, więc chyba da się przeżyć. Odkrywamy również zdecydowany plus hiszpańskich portów – internet Wi-Fi w cenie opłaty portowej. Dzieci nie mogą się nabawić na piaszczystych plażach, my delektujemy się klimatem „manana”, czyli w wolnym tłumaczeniu „jutro, później”. Ceny w portach umiarkowane 13 -15 euro za dobę. I pierwszy raz w Hiszpanii kupujemy wino, ale nie w markecie jak we Francji tylko w prawdziwej, lokalnej Bodedze – wino lane z beczki, cena również przychylna od 1 euro za litr.

Drzemka na plaży

05 października wypływamy z L’Escali i chcemy płynąć do Sant Feliu de Guixols, ale znowu gwałtowna zmiana pogody udaremnia nam ten zamiar i wchodzimy (nie wiedząc, co czynimy 🙂 do Palamos. Wejście jest dość trudne, bo z wiatrem i falą a wieje znowu z 6 B i fala spora ale dajemy radę. Szczęśliwi, że bezpiecznie w porcie, spędzamy wieczór na małej plaży. Potem dzieci bawią się jeszcze na portowym placu zabaw. I nasze szczęście trwa aż do rana, kiedy to idę do Kapitanatu zapłacić za noc. Wychodzę w szoku – 35 euro!!! No cóż nie mają biedaki zniżek za dzień, dopiero od miesiąca postoju się zaczynają. Jasne, że nie spodziewaliśmy się niskiej ceny, bo nawet Almanach mówił, że Palamos – jedno z głównych miast wybrzeża, ma ceny na poziomie 5 gwiazdek ale 35 euro w październiku ??! Lekka przesada. Zniesmaczeni odbijamy szybko od kei.

Następny port Blanes, płyniemy pod wiatr, popołudniu fale robią się już około 1,5 metra wysokie, więc BIMSI tłucze dziobem jak oszalała. Igor z Idką leżą w forpiku, bo to najbezpieczniejsze miejsce żeby się nie poobijać zbytnio. Wysadzenie Idy na nocnik zaczyna być już hardcorowym przedsięwzięciem jak muszę się zaprzeć nogami i rękami żeby trafić z nią w uciekający nocnik. Igor w końcu usypia zmęczony a Ida leży koło niego i głaszcze po nodze śpiewając „nóźka mała, noźka mała”. Dopływamy do portu na 18.00 i Marinero ustawia nas koło stacji benzynowej więc warunki takie sobie, ale prąd jest. Gorzej z internetem, więc wychodzimy na plażę w poszukiwaniu sieci w celu sprawdzenia pogody na jutro. Spotykamy pierwszych na morskiej trasie Polaków, którzy na plaży łowią ryby. Tacy raczej oni niemieccy Polacy, bo od 20 lat mieszkają nad Renem w Niemczech (jaki zbieg okoliczności, przepływaliśmy koło ich domu w lipcu). Spędzamy wieczór na miłej rozmowie na plaży. W porcie dostajemy „zniżkę” 4 euro za postój przy stacji benzynowej, czyli płacimy tylko 🙁 19 euro.

Zrażeni trochę wysokością opłat w kurortach Costa Brava boimy się wpłynąć do Barcelony i stajemy 15 mil przed w porcie El Balis. To już wybrzeże Costa Dorada. Płynąc do El Balis odnosimy pierwszy morski (na tych wodach) sukces wędkarski! Płyniemy szybko i nagle coś jest na wędce, którą codziennie trawlujemy za rufą. Mając już doświadczenie, że przy prędkości 4 węzłów nie wciągniemy rybki na pokład, odpuszczamy genuę i zwalniamy do 1 węzła. Chwila emocji i mamy 1,5 kg tuńczyka bonito na pokładzie!!! Oj jak smakował wszystkim …

Po drzemce niespodzianka. Tuńczyk na pokładzie!
Grillujemy w El Balis

El Balis okazuje się najbardziej przyjaznym portem w regionie, nie tylko ze względu na opłatę (7 euro za dobę ) ale też obsługa Marineros i panny w biurze są bardzo miłe. Dobrze się składa, że zapowiadają znowu sztormy, bo mamy czas na wyprawę do Barcelony. Pociąg jeździ co 30 min, bilet 5 euro w obie strony a dzieci nie płacą . I 9 października siedzimy w pociągu do Barcelony. Trochę nas zatkało jak wysiedliśmy w ten tłum na dworcu, człowiek jednak szybko odwyka od dużej metropolii (i wcale tego nam nie brakuje). Kilkugodzinne łażenie wytrzymują nawet dzieciaki, bo Barcelona jest bardzo barwna. Na wycieczce dzwoni też moja siostra Ewa i informuje o zakupionym bilecie do Alicante na 13 listopada! Igor szaleje z radości – ukochana ciocia przyjedzie!! Tęsknimy na obczyźnie…

Następnego dnia już znowu jesteśmy na morzu, tym razem płyniemy z wiatrem i z FALĄ , bo po sztormie się jeszcze morze nie uspokoiło i buja się tak do 1,5 metra spokojnie. Za Barceloną trochę się wycisza fala i nawet zarzucamy wędkę. I po 1,5 godzinie mamy kolejną zdobycz – tym razem Lambugę – Dolphin Fish też tak ponad kilo spokojnie. Zrobiliśmy 35 mil w 7 godzin, więc wynik całkiem niezły. Kolejne 2 dni mijają na szybkiej żegludze, bo warunki bardzo dobre i jesteśmy w Tarragonie. Trochę podniosło nam adrenalinę wejście do portu, bo dość wąskie i bardzo blisko brzegu ale na wstrzymanych oddechach daliśmy radę. Zwiedzamy to mauretańskie miasto popołudniu, podziwiamy pomnik ludzki na Rambli. Temperatura super – 22 stopnie o godz. 22.00. Oby tak dalej. Prognozy na następny dzień są przychylne 3-4 B, więc wypływamy za główki portu a tam na szczęście gładko i żeby dopłynąć do L’Amtelli wspomagamy się silnikiem a na żaglach pomaga nam automatyczny pilot. Hiszpanie zdecydowanie są najbardziej rodzinni z odwiedzanych przez nas nacji, bo place zabaw wieczorami pełne rodziców i ich dzieci. Igor baluje z dzieciakami, aż miło ganiają się a Idka im dzielnie wtóruje z huśtawki. Kolejny dzień robimy wolny i znów bumelujemy na plaży (mam nadzieję, że was to bardzo nie denerwuje :-)).

Tarragona

Kolejne wybrzeże Hiszpanii to Costa del Azhar, równie skaliste ale same skały są bardziej odsunięte w ląd, w pierwszej linii brzegowej znajduje się dużo apartamentowców, plaże są bardziej kamieniste. Chcemy dotrzeć do Vinaroz (po hiszpańsku Binaroz),ale okazuje się to niełatwe, ponieważ po rozjaśnieniu się (wypłynęliśmy o 5.00 rano) przychodzi taka mgła, że nie widać nic na więcej niż na 10 metrów. Mimo braku wiatru wyłączamy silnik, aby mieć szanse słyszeć kręcące się po omacku kutry, jeden mija nas bardzo, bardzo blisko. Po 3 godzinach mgła po trochu się rozprasza ale jest to niesamowite przeżycie. Ten odcinek od L’Amtelli do Vinaroz jest dość długi, bo aż 40 mil. Musimy opłynąć cały Przylądek Cabo de Tortosa, który jest miejscem chronionym z ujściem do morza rzeki Ebro. W Vinaroz poznajemy Patricia – lekko szalonego Francuza z 2 psami na 14 metrowym „Falco”.
Zasypuje nas ofertami muzyki na płytach, pilotów żeglarskich, lekcji hiszpańskiego i wielu innych pożytecznych rzeczy. Niesamowita otwartość, spędzamy razem wieczór przy czerwonym winku, wymieniając się informacjami, chociaż bardziej jest to monolog ze strony Patricia, przerywane moimi wtrąceniami :-). Tego samego dnia wcześniej jeszcze Ida ściąga na siebie czajnik elektryczny z resztką gorącej wody i mamy akcję ratunkową na łódce. Na szczęście nie jest poważnie oparzona, tylko trochę ma zaczerwienioną nóżkę. A oczywiście jak zwykle była to tylko sekunda nieuwagi.

W Hiszpanii tylko raz stajemy na kotwicy przed portem w Oropesie del Mar, bo jakoś nie dowierzamy tej pogodzie, chyba musimy się bardziej przyzwyczaić. Koło południa jednak zrywa się znowu mocny wiatr, więc szybko dopływamy do Burrianovy, gdzie uprzejmy Marinero uparcie każe nam stanąć przy pierwszym pomoście mimo prawie pustego portu. Stajemy w końcu przy innym pomoście, gdzie jak okazuje się są miejsca przeznaczone dla jachtów 10 m i tak próbuje nas potem skasować Pan w Kapitanacie. Przypominam, że port był prawie pusty :-). Suma sumarum płacimy za 8 metrów. Uff te małe rozumki… albo dobrzy biznesmeni :-).

Na kotwicy w Oropesa del Mar

No i w końcu 19 października dopływamy szczęśliwie do Valencji (czyli Balencji). Stajemy w porcie America’s Cup, gdzie również pusto ale ceny przystępne 11 euro za dobę. Port zbudowany jest śmiesznie, bo aby z kei dojść do Kapitanii musi podpłynąć po ciebie ponton i zawieść do Kapitanii. Brak przejścia lądowego. Port fajny, droga do miasta prowadzi torem wyścigowym Formuły 1, ale jest to prawie 2 km, więc daleko. Mijamy wszystkie hangary uczestników zeszłorocznych America’s Cup. Sama Valencja nas zachwyca, zwłaszcza rewelacyjne rozwiązanie zrobienia w starym korycie rzeki Turia, (które ciągnie się prawie przez całe miasto) parków, placów zabaw i knajpek. Parki bogato obsadzone drzewami pomarańczowymi i cytrynowymi, słodko pachnącymi daturami i palmami daktylowymi. I to wszystko w centrum miasta, polecam takie rozwiązanie wszystkim architektom miejskim. Tu kosztujemy pierwszych mandarynek, sprzedawanych na stoiskach 3 kg za 1 euro! Poza tym podziwiamy wspaniała Katedrę, XV -wieczną, ośmioboczną wieżę Miguelete i Bazylikę Matki Boskiej Opuszczonych

Przed nami nasze docelowe wybrzeże Costa Blanca z malowniczymi portami w Gandii, Denii, Javei, Morairze, Calpe i Altei. Przepiękne góry, wapienne skały z jaskiniami, porty usytuowane gdzieniegdzie prawie w samych skałach (Javea), na wzgórzach posiadłości milionerów z całego świata, m.in. posiadłość ma w Javei Micheal Douglas z Cateriną Zetą Jones. Niestety nie było ich w domu więc, nie mogliśmy się przedstawić.

Przed Javea
Przyjazna marina w Javei

Stajemy w portach o różnym standardzie, od Gandii, gdzie kluczyk do łazienki pobiera się każdorazowo jak się chce z niej skorzystać, aż do Denii gdzie wejście na keję i do łazienki jest na odcisk palca, pobrany wcześniej od Sebastiana w Kapitanii. W Javei zamurował nas znowu 2 dniowy sztorm, potem w przerwie przepłynęliśmy do Morairy, gdzie Kapitan w porcie radził nam następnego dnia płynąć dalej, bo znowu się zbliża kolejny 3 dniowy sztorm. No i tak zrobiliśmy. Chociaż w drodze do Altei (a było to tylko 10 mil) mieliśmy wątpliwości, bo burza zbliżała się nie ubłagalnie. Na szczęście jakoś zdążyliśmy.

Skała Calpe
Farmy rybne

Alteę wybraliśmy na nasz port zimowy ze względu na panujący tu mikroklimat. Zatoka jest świetnie osłonięta z 3 stron górami, ponad 300 słonecznych dni w roku, niewiele deszczu. Mamy nadzieję, że tak będzie. Minimum postoimy tu 3 miesiące, maksymalnie 4 i mam nadzieję, że w marcu będzie można już ruszyć dalej. Jak na razie do 24 listopada temperatura w dzień nie spadała poniżej 22 stopni C. W nocy ok 12 stopni.

Koniec października na Costa Blanca – ciepło!