II. Niemieckie kanały

PRZEZ NIEMCY KANAŁAMI 06.07 – 22.07.2008

Dzięki Włodkowi (brat Sebastiana), który nas przywiózł samochodem, jesteśmy już we czwórkę na BIMSI. W sobotę 06.07 złożyli chłopaki maszt, założyli siatkę w kokpicie, aby dzieci nie powypadały, (a propos siatka jest oryginalna do badmintona).
W niedzielę zostawiliśmy miłemu Hafenmajstrowi rum z kartką z podziękowaniem za miły pobyt i ruszyliśmy w podróż na Morze Śródziemne.

  
Ponieważ to jest okienko dla żeglarzy, którzy szukają alternatywnej trasy śródlądziem na Morze Śródziemne, podam tu szczegóły. Przed nami kilka kanałów niemieckich, rzeka Ren a potem rzeka Mosela część niemiecka i francuska, następnie kanały francuskie a potem Soana i Rodan. Na razie jednak płyniemy rzeką Trave do pierwszego kanału Elba – Lubeka Kanal. Nie spiesząc się więc, 61 kilometrów pierwszego kanału pokonujemy w 3 dni. Pierwsze śluzy za nami, staramy się dopracować ich przechodzenie za każdym razem. I nie chodzi tu bynajmniej o brak naszego doświadczenia w pokonywaniu śluz, ale o opanowaniu dwójki małych dzieci , żeby spędziły ten czas (przeważnie około 15-20 min) pod pokładem lub w kokpicie w szelkach, a my w tym czasie jesteśmy na decku i śluzujemy BIMSI. Niby wydaje się to proste, ale niestety najwięcej problemów właśnie wtedy wynika, wtedy trzeba pilnie coś podać, Ida siusiu na nocnik, Igor zabrał jej zabawkę… itp., wiec jest ryk, dla osób mających dzieci myślę że ta problematyka jest całkowicie zrozumiała. Kiedy potrzebujesz chwilę spokoju to ciężko ją uzyskać tu i teraz :-).

Po noclegu w Lauenburgu płyniemy 5 km Łabą i wpadamy do kanału Elbe Seitenkankal. Tu z kolei 115 km, które też pokonujemy w 3 dni, bo trochę zwiększyliśmy przebieg kilometrów na dzień. Jednym z powodów, że nie ma co za długo robić na lądzie jest pogoda, nie za ciepło, pada z przerwami codziennie i pochmurno. Chociaż i tak wyprowadzamy się z dziećmi rano na spacer na 2 godziny, potem płyniemy z 5-6 godzin i około 18.00 znowu wybieg do 20.30 -21.00. Ale czasem w sztormiakach i kaloszach bo pada, ble…..

Na tym kanale warte wspomnienia są dwa wypasy niemieckiej techniki, pierwszy to dźwig, który podnosi nas w takiej jakby wannie na wysokość 38 m, a drugi to ogromna śluza z pływającymi na szczęście polerami , która wynosi nas na 23 m. Dźwig jest extra, super bezpieczny może poza tym, że za nami stawał jacht, który nam elegancko wpłynął swoim dziobem w rowery powieszone na pawęży. Na szczęście obyło się bez uszkodzeń. Niestety jacht z polską załogą :-). Śluza za to pomimo pływających polerów jest trochę niebezpieczna, ponieważ podczas śluzowania woda została wpuszczona z dość dużą szybkością, co daje bardzo dużą siłę w odrzucaniu łódki od ścian śluzy i już przez chwilę widziałam oczyma wyobraźni pękające nasze cumy a my rzuceni na drugi koniec śluzy… Na szczęście wyszliśmy z niej zwycięsko, a dzieci siedziały chwilę spokojnie, bo teraz stosujemy metodę po dwie czekoladki i mamy mniej więcej te parę minut spokoju wtedy kiedy go potrzeba.

Wejście do dźwigu , który podniesie nas 38 metrów do drugiego poziomu kanału.
Czekamy przy pomoście na zielone światło do wpłynięcia do dźwigu.
Wewnątrz gigantycznej śluzy

No i wpływamy w najsłynniejszy niemiecki Kanał Mitteland, czyli Kanał Srodkowy, łączący prawie wschodnią część Niemiec z zachodnią. Wzdłuż tych wszystkich kanałów ciągną się ścieżki rowerowe i częściowo las lub pola. Niemcy to jednak bardzo aktywny naród, właściwie po tych kilkunastu dniach zauważamy pewien podział na wioski rowerowe, gdzie przez 2 dni widujemy mieszkańców tylko na rowerach a potem 2 dni tylko takich co biegają nad kanałem, a potem znowu zmiana :-). Ale trzeba im przyznać, że aktywni są okrutnie, nie widuje się w Polsce tak dużej liczby ludzi uprawiających sporty w miejscach publicznych a szkoda..

Podczas płynięcia mijamy bardzo dużo barek i co druga jest z polską załogą a co piąta jest w ogóle polska. Machaja nam i często pytają dokąd płyniemy. I ciekawostka, niektóre barki mają poustawiane na pokładzie całe oranżerie, kwiaty w doniczkach, skrzynkach, nawet małe drzewka, a ci co pływają i mieszkają z małymi dziećmi dla nich nawet duże metalowe kojce służące za place zabaw na barce. W sumie dość fajny sposób na życie i zarabianie pieniędzy. Polak z niemieckiej barki mówił nam, że zarabia miesięcznie 1800 euro i drugi miesiąc ma wolny, więc w sumie nie najgorzej a to tylko „wyrobnik” ciekawe ile zarabia „szef”. Poza nimi dużo jest łodzi motorowych i troszkę jachtów. Ruch jest dość duży momentami. Na tych kanałach wozi się barkami w zasadzie chyba wszystko co możliwe. Łabą z Hamburga jak autostradą mkną w głąb kraju setki tysięcy ton towarów. Ponieważ w Polsce jest to rzecz całkowicie niespotykana jest to dla nas widok bardzo egzotyczny, zwłaszcza spotkanie z pierwszą barką – tankowcem, czy kontenerowcem.

Igor i Ida nie nudzą się mimo kiepskiej pogody, chociaż Igor codziennie się nas pyta kiedy będziemy już nad morzem i na plaży. Ja codziennie mam nadzieję że pogoda się poprawi, ale jak na razie to raczej się robi bardziej deszczowa. Postoje robimy głównie na Liegestelle, czyli przy wyznaczonych miejscach na kanałach a nie w portach, te omijamy ze względu na koszty. Co 4-5 dni zahaczamy o jakiś port aby zatankować wodę i paliwo. Postojówki na kanałach są bardzo wygodne. Kanał się rozszerza i można parkować. Barki stają po 2 albo 3 wzajemnie do swoich burt. Na szczęście na miejsca wyznaczone dla jachtów nie ma aż tak wielkiego wzięcia. Raz tylko podpływając już dość późno wieczorem musieliśmy poprosić załogę jednego motorowca o przestawienie się żebyśmy się zmieścili.

18 lipca żegnamy kanał Mitteland i skręcamy na południe kanałem Dortmund -Ems. Niestety pogoda nie ulega poprawie wręcz przeciwnie. Ten kanał mieliśmy krótki, gdyż zaledwie 108 km co zajęło 3 dni, podczas których nic specjalnego się nie wydarzyło. Udało nam się w Munster złapać internet na wodzie, co prawda musieliśmy wykręcić 5 kółek przed zdziwioną gawiedzią w restauracjach nabrzeżnych ale pocztę udało się wysłać i ściągnąć.

20.07.08 wpłynęliśmy na Rhein – Herne Kanal, czyli ostatnie 46 – kilometrowy kanał przed Renem. Odcinek dość ciężki, bo na tak krótkim odcinku aż 4 śluzy, każda mniej więcej opuszcza nas około 8-12 m w dół. We wszystkich śluzach w Niemczech istnieje zasada, że należy się zgłaszać z zamiarem śluzowania. Można to robić na wiele sposobów: UKF, telefon bądź „domofon”. Pierwszego nie używaliśmy, bo nie zamontowaliśmy anteny po złożeniu masztu. Na drugi nie chcieliśmy dodatkowo dorabiać operatorów GSM. Trzeci używaliśmy, lecz nie na wszystkich śluzach były takie miejsca. Wiadomo, że u naszych sąsiadów porządek musi być więc w zasadzie wszystko jest zorganizowane w bardzo dogodny sposób dla jachtów. Przed każdą śluzą jest wyznaczone miejsce postoju dla „łodzi sportowych”. Tam właśnie bywają „domofony”, którym możemy zgłosić się, że czekamy. Następnie przez głośniki zostaniemy poproszeni do wpłynięcia. Bywało tak że jeżeli nie ma domofonu a na stanowisku śluzowym stoi jacht (takie miejsca są wyłącznie dla czekających na śluzowanie, nie można tam nocować) to wołają również bez zgłoszenia. Rzadko śluzowane są same jachty, głównie wchodzą barki i jeżeli zostanie trochę miejsca to upychają jachtami.

22.07 kończymy kanały niemieckie (łącznie 566 km ) i wpływamy na rzeki. Trochę nas straszą tym Renem, a głównie prądem na nim ale spróbujemy, może się uda. Będziemy płynąć Renem pod prąd, który ma prędkość podobno 4-8 km/godz, a my mamy maksymalną prędkość 10 km/godz, więc lepiej żeby prąd miał 4 km a nie 8 km/godz i żeby ostro wiało z północy, bo nie upłyniemy za daleko :-))))).